|
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Czytam właśnie biografię Keitha Richardsa pod wszystko mówiącym tytułem LIFE. Jestem na etapie wczesnym, początków i nauki. Gość opisuje swoje pierwsze kroki w świecie muzyki - gitarę klasyczną i nylonowe struny, jakieś akustyki, elektryczne gitary podpinane do odbiorników radiowych... To był przełom lat 50 / 60. A u nas taka nędza gdy idzie o świat instrumentów była kurde w 80'. To znaczy ja to tak pamiętam. Wiecie, gitary Defil, z których nawet dobry lutnik mógł wydobyć tyle, ile się dało uzyskać z pudełka po warcabach i kija od szczoty. Ciężki jak cholera bas podłączony do radiomagnetofonu Wilga... Na tym tle Jolana Iris udająca telecaastera była niesamowitym cudem. A do słuchania? A proszę - radiowa trójka. Czwórka i rozgłośnia harcerska. Audycje nagrywane na wspomnianą Wilgę, która wciągała taśmy z kaset. A tych nie było zbyt wiele, więc się je rozbierało, kleiło... o mój boże. Dziś, kiedy wieszczymy śmieć CD, kupić możemy dowolny numer dowolnego autora. Przy okazji: panie Marku Niedźwiedzki. Przekląłem pana imię milion razy podczas próby nagrania piosenki Kultu "Niejeden" z listy przebojów 3PR. I kiedy już miałem połowę tego niezwykłego songu nagle wskakiwał pan z jakiś kawałem, który był antycypacją sucharów Karola Strasburgera... DAMN! Keith pisze, że muzyka i jej gatunkowe podziały wywoływały takie emocje, że bluesmani mogli się pobić z jazzmanami czy rock'n'rollowcami... U mnie na osiedlu rządził punk i hard core. I też afery wybuchały, ruchawki. Ano tak. Z naszej podwórkowej wrzawy nic nie zostało - LIFE BREVIS :) A Keith się trzyma! Tak trzymaj!
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Z filmu, w którym Will Smith kreował postać nędzarza, który walczy o lepszy los swój i swojego synka i stara się zostać brokerem giełdowym zapamiętałem szczególnie jedną scenę. Nasz heros w drodze od zera do milionera rozmawia w parku z kloszardem, który ukradł mu jakiś tam medyczny sprzęt (Will Smith handlował tymże sprzętem medycznym). Złodziej myślał, że to wehikuł czasu i powiada: "muszę tam wrócić!!! Muszę zobaczyć jak Hendrix pali to wiosło!!!" Otóż już nie musi. O ile oczywiście będzie go stać na bilet. Na koncert. Poważnie. Oto: Nieżyjący Tupac Shakur śpiewa piosenki i hasa po scenie. Łatwo sobie wyobrazić, że za parę lat możemy znowu pojechać (?) do Monterey i zobaczyć, jak gitara Jimiego płonie a potem trzaska o deski sceny i rozpada się w drobny mak. Albo zobaczyć, jak Stevie Ray Vaughan (zginął w 1990 r. w katastrofie śmigłowca) zatyka papierosa za basowe E i zaczyna grać Lenny tak, jak nie zagrał po nim nikt na świecie, a próbowało jakieś dwa miliony gitarzystów (w tym ja). Na takim koncercie, gdybyś zobaczył bracie super dziewczynę, to nie radzę gadać ani rozpoczynać działań zaczepnych. To kochany może być hologram. Ty nim możesz być. Wszystko może być. I nic.
niedziela, 15 kwietnia 2012
Kurta na zdjęciu to "ściera" - jeansowa klasyka, którą nosiłem przez kilka klas podstawówki i na początku ogólniaka. Praktycznie moja druga skóra. Zimą nosiłem ją pod kurtką zimową. Ciągle i stale. Dziś jest grubości flanelowej koszuli, przetarta i popruta. Na rękawie wciąż ma naszytą własnoręcznie wykonaną przeze mnie naszywkę Septic Death. Ścierę dostałem od ojca, który dostał ją od kogoś tam innego. Sprawa wyglądała tak: w tych egzotycznych czasach jeansowa kurta nie była jakąś sklepową oczywistością. Trzeba było trafić, zdobyć. "Gdzie zdobyłeś"? - tak pytali znajomi. I obcy ludzie, kiedy moja mama wracała do domu z rowerem Slalom "gdzie Pani zdobyła rower???". Mój przyjaciel Piotrek kupił sobie taką granatową nówkę Loisa w DH Pionier na Dąbrowie. Pognałem tam z mamą po to, aby zobaczyć puste wieszaki. Ktoś mnie ubiegł, łowy się nie udały. Wróciłem do domu rozczarowany. Dwa dni później podczas porządków tata wyjął z tapczanu nieprawdopodobny i zapomniany skarb: jeansową kurtkę Wranglera. Wtedy nie spojrzałem nawet na obciachowe guziki z napisem LOVE. To była LOVE. Od pierwszego wejrzenia. Love, jaka się zdarza rzadko. Na wiele lat, bezwarunkowa, oczywista. Kiedy zbierałem się do domu po ostatniej wizycie u mamy, dała mi ją a ja oczywiście zabrałem. Zdjęcie zrobiłem telefonem, którego istnienia w 87 czy 88 nie mogli przewidzieć futuryści. Facet, który go wymyślił zaczynał wtedy święcić triumfy i sprzedawać pierwsze komputery Apple. Ściera wisi w szafie. Już jej nikt nie założy. Chyba, że mój Andrzejek. Jak podrośnie. Do zdjęcia.
sobota, 14 kwietnia 2012
W oddalających się nieubłaganie czasach mojej podstawówki status materialny manifestował się w prosty sposób. Rodzice mojego kolegi Pawła mieli prywatny biznes (który przy okazji ten z powodzeniem kontynuuje). W związku z tym, że szło im co najmniej nieźle, miał Paweł w domu takie cacko, jak magnetowid! Dwa komputery (atari i spectrum), rodzice zaś mieli samochód (wartburg). I porządny sprzęt stereo. I pewnie wiele innych rzeczy ale zwłaszcza magiczne WIDEO było absolutnym hitem. O ile wiem, państwo P byli jedynymi znanymi mi właścicielami takiego cuda. I Paweł jako gość o złotym sercu zapraszał kolegów, którzy mogli oglądać na widele Conana (tego prawdziwego, z Arnoldem), Rambo, porno (zdarzyło się raz), Commando i inne perły z ery wczesnego magnetowidu. Później rzecz jasna wszystko potaniało i dostęp się otworzył się szerzej. Po tym, jak nawet w PEWEXIE można było kupować za złotówki zakup sprzętu przestał stanowić aż taki problem. Ale wciąż przez jakiś czas jeśli ktoś miał komputer, samochód, stereo i magnedowid to był ktoś. Dziś sprawa jest jeszcze prostsza. Każdy ma w kieszeni telefon, który potrafi przechowywać muzykę, pokazywać mapy i trasy, odtwarzać filmy. O dostępie do internetu nie wspominam, bo w 88' jego rozwój do dzisiejszej formy mógł postać no najwyżej w głowie Stanisława Lema. Także mamy wszystko w swojej kieszeni i jednocześnie... bankrutujemy kupując zwykłe jajka, jabłka, masło i biały ser. Ot, paradoks na sobotę :)
środa, 11 kwietnia 2012
Zastanawiam się nad tym, czy przypadkiem opowiadając czy czytając naszym dzieciom mądre bajki nie popełniamy kolosalnego głupstwa. Czy przekonując je do tego, że cisi i serca pokornego odniosą w końcu zwycięstwo, że mężna i odważna postawa przyniesie sukces, nie skazujemy ich na powtórzenie własnych zdziwień i rozczarowań. Proszę bardzo, jest dokładnie odwrotnie. Skorupka za młodu nasiąknie ideałem a wyląduje w bajorze. Ot. Nie mam wcale na myśli takiej prostej dychotomii życie - baśń. O nie. Mnie idzie o to, że dzieciaki, które przechowają ten idealny obraz zbyt długo stają się idealnymi ofiarami i system (eh) bez żenady z ich porządności i podporządkowania korzysta. A ci, co mają wszystko w tyle potrafią wylądować poza jego zasięgiem i nic im z jego strony nie jest w stanie zagrozić. Przykład? Podczas mojej służby wojskowej w Leźnicy Wielkiej łatwo było zauważyć, kto miał najciężej. Kto miał najwięcej służb, kto cięgle użerał się z zaszczytnymi obowiązkami podoficera dyżurnego kompanii. Kto ciągle miał tyle roboty, że przerąbane. Otóż najgorzej miał porządny chłop, o którym było wiadomo, że nie pierdyknie tych książek wyjść w kąt. Że zrobi, że się postara. I nawet nie tyle, że boi się kary. On się nawet PRZEJMUJE tym, że ktoś coś złego powie! Że coś złego pomyśli! Tymczasem inny facet ma wszystko w tyle wyraźnie. Na zbiórki nie wychodzi, bałagan ma, na łóżku zalega a groźby robią na nim takie wrażenie, jak wariacje goldebrgowskie Goulda na amebie. Każą mu za karę biegać? Coś tam i pobiegnie. Ale szybko się męczą nasi wojacy tą zabawą. Ile można! Przewiny olewusa można czytać na apelu. Można je śpiewać na melodię roty a w tle postawić wielkie zdjęcie Monte Cassino. NIE RUSZA GO TO i już. Z czasem zatem dowództwo zaczyna olewusa ignorować a porządnickiego eksploatować do granic jego możliwości. Jeden zalega na wozie, drugi zapieprza aż strach i klnie. Ten przydługi wstęp jest komentarzem do TEGO Zwróćcie uwagę: służby porządkowe nie są w stanie zapewnić ochrony miasta przed masową dewastacją. Policja, wzywana pod konkretny adres!, nie interweniuje. Zrezygnowani ludzie patrzą, jak ich przestrzeń zapełnia się wulgarnymi bazgrołami. Ale! Czas na stanowczość! Czas pokazać twarde prawo! Dura lex non sesn! Komendant straży miejskiej w Łodzi
przypomina jednocześnie administratorom, że ich obowiązkiem jest zamalowanie bohomazów. Mają na to 24 godziny. - Ja dałem swoim strażnikom trzy dni, żeby namierzyli wszystkie napisy i nakłonili administratorów do ich usunięcia - mówi. - Tym zarządcom, którzy tego nie zrobią, grożą mandaty do 500 zł.
Ahahahaha. Wiecie, co chcę powiedzieć? Że z prawdziwych stróżów prawa został nam jedynie Komisarz Alex.
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Edukacja i kształcenie nie znają bariery kalendarza i święta mają za nic. Jak się człowiek zetknie z krynicą wiedzy, to choćby telewizor, mazurek, kanapa i święta panie, nic go nie powstrzyma. I ja się zetknąłem! Ile się dowiedziałem dziś z rana! Moja koleżanka, socjolożka, specjalistka od singli, udzieliła wywiadu w gazecie. Niby znam ten temat, znam nawet ten ton a nawet naiwnie sądziłem, że tego typu wypowiedzi mamy z głowy, bo ile można rozmawiać na takim poziomie uogólnienia: kryzys męskości, samowystarczalne kobiety, przewaga do niedawna słabej płci i ogólnie mizeria. Ale jednak nie. I do tego naprawdę dużo się dowiedziałem. Serio serio! 1. "męskie ciało jest niezniszczalne już tylko w filmach i grach komputerowych" - coś wspaniałego. Dotąd wydawało mi się, że w ogóle jest ono w całości wykonane z blachy. Co prawda moje osobiste doświadczenia, kiedy to po lada upadku człowiek ścierał kolana, kaleczył się albo coś tam sobie stłukł... nieważne. Obok tego widziałem dość wyraźnie zniszczalność męskiego ciała, poczynając od mojego taty, który to najnormalniej popsuł się i umarł. Przypominam, że i w filmach i grach mężczyźni ginęli na potęgę i na pewno w takim Commando niejedno męskie ciało okazało się zniszczalne i to radykalnie. 2. Ale przecież symptomem naszych czasów jest fakt, że superbohaterem może być kobieta! Jako przykład - Lara Croft. No cóż, bede grau w gre, że Tomb Raider nr 1 ukazał się w 1996 r. Czyli "nasze czasy" to wspaniałe continuum, które rozciąga się odtąd dokąd nam wygodnie. Dobra nasza! 3. "Nawet do posiadania potomstwa mężczyzna nie jest już niezbędny przy obecnym rozwoju medycyny, bankach spermy". O, no to jest zupełnie jasne. Sperma w banku pojawia się z syntezy soi, ekstrahowanego z bakłażana chlorofilu i wody. Medycyna załatwia wszystko. Niezależna finansowo i wyzwolona kobieta poradzi sobie bez faceta, ponieważ to wszystko opierało się na RACHUNKU. Dopóki medycyna nie pozwalała, pieniędzy nie było, męskie ciało wydawało się niezniszczalne i tak dalej, dopóty - jasna rzecz - facet nie był ok, ale jakoś trzeba go było znosić. Obecnie już nie ma takiej konieczności. O facecie, który by mówił coś podobnego o kobiecie, którą np. wymieniałby na lepszy model (tak, takie sformułowanie też pada w tekście) powiedziano by, że jest... no dobra. Jest do dupy. Ale oczywiście moja irytacja wynika z tego, że jestem mężczyzną, czyli przechodzę jakiś kryzys, nie przypominam w minimalnym stopniu australijskiego strażaka, który ma prezencję modela i kulturysty ale czułość Matki Teresy i ratuje z pożaru koalę. To znaczy nie wiem, czy bym ratował koalę, może... Jestem zażenowany tym, jak wiele głupstw można powiedzieć w jednym zdaniu. Jak w tych uogólnieniach można pogubić realnych ludzi, których się spotyka każdego dnia. Można, tego się nauczyłem w wielkanocny poniedziałek 2012. 16 lat po premierze pierwszego Tomb Raidera. BEDE GRAU W GRE!
niedziela, 08 kwietnia 2012
Ten tekst jest podobno ważny i odważny. Pan Tomasz Machała powiada w nim, że przyznanie się dziś do praktykowania wiary katolickiej jest ryzykowne towarzysko. Kryzys autorytetu Kościoła jest na tyle posunięty, że zaczyna prześwitywać przezeń słowo "upadek". Oczywiście autorytetu, nie instytucji. Ta może trwać na swoich pozycjach i wygłaszać patriotyczną, antyaborcyjną i antykoncepcyjną mantrę. Szeregi wiernych stopnieją do garstki tych, których nie zniechęci zawierucha z komisją majątkową i skandale obyczajowe. Pan Tomasz Machała pisze, że znalazł jakiś azyl u Dominikanów, czyli jest nadzieja, szansa i wyspa ocalenia. Tylko czy warto na nią płynąć po morzu równie zachęcającym do kąpieli, jak Morze Barentsa? Ośmielam się twierdzić, że nie dostrzegam żadnego ryzyka w przyznawaniu się do niemal dowolnych praktyk religijnych (poza jakimiś skrajnymi formami jak kult kosmicznego pojazdu lecącego za meteorytem). Ale nie chciałem o tym. Nie wiem, jaką presją jest w tym kontekście obarczone bycie osobą publiczną, dziennikarzem, szefem etc. No i nie wiem, jak to jest w Warszawie. Mam taki oparty na własnym doświadczeniu koncept. W latach 80', kiedy byłem dzieciakiem, Kościół był instytucją silną, przyznanie się do ateizmu mogło być i było obyczajowym / towarzyskim ryzykiem. Czyli sprawy miały się zasadniczo inaczej. I otóż wtedy mieliśmy do czynienia z absolutnym nieporozumieniem. Postać księdza Jaworskiego - ogromnego, otyłego nerwusa, targającego młodzież za uszy i włosy byłaby fajną karykaturą duchownego, gdyby nie była prawdziwa. Postać rozpolitykowanego nudziarza, serwującego antykomunistyczne kazania dzieciarni w wieku 13 lat byłaby także niezłym ucieleśnieniem oderwania od uniwersalnych prawd równie mocno, co od podłogi, gdyby nie była znanym mi osobiście faktem. Im więcej nas, wtedy trzynastolatków a dziś - wiadomo - było na takich lekcjach religii czy mszach, tym gorzej. Dla dzisiejszego Kościoła. Wtedy było to wspaniałe, prawda? Pełno ludzi! Dziś okazuje się, że jednak kiepsko wyszło. Bo po takiej zaprawie nie mam ochoty postawić w kościele nogi. I pewnie spora ilość zrażonych za młodu nie ma na to najmniejszej ochoty. Nie mam natomiast żadnego problemu z tym, że ktoś ma inaczej i myśli inaczej. Po prostu nie dbam o to. Zaryzykowałbym twierdzenie, że mało kto dba, więc tekst pana Tomasza Machały wydaje mi się do niego samego adresowany. Tak jakby do siebie gadał, znajdował zagrożenie i sam się uspokajał. A kto mu broni.
sobota, 07 kwietnia 2012
Sprawa jest znana. Premier rządu, który namawia ludzi do dłuższej pracy i późniejszego przechodzenia na emeryturę miał wśród pracowników swojej obsługi fotografa. Tenże zbliżał się do 60'. Naraz został zwolniony a Kancelaria zdecydowała o powierzeniu jego dotychczasowych obowiązków zewnętrznej firmie. Jest zrozumiałe, że natychmiast rozległo się larum i fora internetowe zalała fala w najlepszym razie ironii i - prawda - satyry. Politycy wiedzą, że to niedobrze, że wizerunek, że w ogóle PR z takim trudem utrzymywany, opłacany sowicie cierpi i się marnuje. CIR kilka dni przygotowywało odpowiedź. I oto jest: TUTAJ Jak widać oszczędności są wymierne. Koszty pracodawcy są jak wiadomo wysokie, trzeba utrzymywać pomieszczenia, kupować sprzęt itp. Wynajęta firma będzie tańsza i są to, proszę ja Was, nasze oszczędności. Bowiem jeśli jakieś Apple chce utrzymywać dajmy na to specjalistę od kserokopiarki, to droga wolna, ich forsa - ich kaprysy. Ale na działanie służb publicznych my się zrzucamy. Itp. Uzasadnienie CIR jest absolutnie żenujące, ponieważ tak się składa, że koszty pracy są windowane w dużej mierze decyzjami rządu, który - jak widać - zaczyna padać ofiara własnej polityki w kwestii zatrudnienia. Czyli już nawet premiera Polski nie stać na zatrudnianie ludzi na etacie! WOW. Już sam początek coś nam jednak mówi:
Wiek nie odgrywa żadnej roli w kształtowaniu polityki kadrowej w kancelarii premiera - napisało CIR
Jak to nie ODGRYWA? Przecież nie tylko w kancelarii premiera ale także w tym Apple powinien na miłość boską odgrywać. Jest jednym z kluczowych czynników, który w tzw. polityce zatrudnienia należałoby brać pod uwagę ale nie w takim podskórnie wyczuwalnym paradygmacie, że "nie wywalamy z roboty ze względu na wiek". To jedno niewinne zdanie zdradza coś naprawdę niepokojącego. Bardziej niż nieporadność jego autora.
czwartek, 05 kwietnia 2012
Lata lecą i nieco inaczej rzeczy się mają, gdy idzie o moich idoli. Bo wiadomo: Curtis zmarł w 81', Hendrix jeszcze wcześniej... To taka nieodległa prehistoria. Ale w 2002, kiedy Lane Staley zamilkł na zawsze byłem już dorosły, pamiętam to. Gdzieś tego dnia ja jechałem do roboty, gdzieś daleko ode mnie ale ale.
|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Inne wcielenia
Lubimy się
Podziwiamy, szanujemy
W pracy
"W wierszach Michała Kędzierskiego odnajdziemy i Merrilla, i Brodskiego, i Audena, z jednej strony - dążenie do kunsztownej formy i rozległe kulturowe skojarzenia, z drugiej - precyzję opisu i sięganie do codziennego doświadczenia..." Jacek Dehnel Tak, kiedyś się pisało wiersze :) | ||||