Kategorie: Wszystkie | Andrzej | wielkie semantyczne nadużycie
RSS

wielkie semantyczne nadużycie

wtorek, 27 stycznia 2009
Z dzisiejszego "Metra" dowiedziałem się, że szereg miast - w tym moje - postanowiło ograniczać możliwość wybrania liceum ogólnokształcącego młodzieży ze słabszymi wynikami w nauce. Ponieważ na rynku pracy brakuje siły fachowej, należy w jakiś sposób zmusić dziatwę do podjęcia właściwej decyzji i skierowania jej do szkół zawodowych i techników. W tym celu zmniejsza się ilość klas w ogólniakach, ewentualnie podwyższa progi punktowe, zamykając drogę części dzieciarni via LO do pośredniaka i na bezrobocie. Gazeta zapytuje, czy miasta mają prawo ograniczać swobodę podejmowania decyzji etc. Odpowiadamy: nie tylko ma prawo, ale wręcz obowiązek.

Cieszymy się, że ponownie ktoś wprost wskazuje: są ludzie złej (humaniści jacyś, banda darmozjadów) i dobrej roboty. Dobrej, to znaczy takiej, której efekty są niemal od razu widoczne. Coś pomiędzy kładzeniem gładzi gipsowej a montażem kuchenki gazowej. Domyślamy się, że znajdzie się ogromna rzesza wiecznych malkontentów, którzy wyciągną jakieś argumenty przeciwko tej decyzji ale niech to nas nie zniechęca!

Oczywiście można pytać, czy polityk, który to słuszne rozwiązanie postuluje sam ma wykształcenie techniczne. Jeszcze gorzej, jeśli w Urzędzie Miasta sprawdzimy kilka kwestii:

1. ile osób spośród tam zatrudnionych ma takie wykształcenie

2. ilu spośród pracowników chciałoby, aby na podobnej podstawie ich dzieci trafiały do szkół, których profil i program nic ich nie obchodzi. Co gorsza, może to rzutować na całą przyszłość i to w znaczący sposób

Kwestię, ilu pracowników UMŁ pracuje tak, że efekty tych wysiłków są widoczne, mierzalne i pożyteczne pozostawiam bez komentarza, bo w końcu popieram słuszny pomysł. Takie argumenty można łatwo obalić w sposób następujący: istnieje PLAN. Miasto jest w potrzebie, płaci za te szkoły, więc ma prawo decydować. I może sam prezydent miasta byłby szczęśliwszy jako zdun, niż dziś jest, gdyby tylko go zmuszono do pójścia do zawodówki. No kto powie, że to niemożliwe? Kto to wie?

Pozostaje najważniejsza rzecz: z całej tej decyzji wynika jawny brak szacunku dla młodych ludzi, których życiowe plany i decyzje zostają podporządkowane wizji urzędu. Tym się przejmować nie należy, należy to mieć w poważaniu.
 
sobota, 17 stycznia 2009
To prawda. A i dziś zachodzę w celach raczej autopromocyjnych:

Tutaj można zakupić moją książkę: http://www.sklep.poezja-polska.pl/index.php?p78,kot-w-hipermarkecie

Dziś o 15.00 w Stacji Nowa Gdynia mam swoje spotkanie autorskie. Ponieważ jest zima nielekka a odległość znaczna mogę zaginąć po drodze. Jakby co wystrzelę racę...


czwartek, 11 grudnia 2008
I tak zrealizowało się marzenie: dziś Piotr Grobliński - redaktor, wydawca - zadzwonił i powiedział TO DZIŚ. To dziś ukazała się moja debiutancka książeczka pt. "Kot w hipermarkecie".
Co ważne, wydanie jest naprawdę piękne. Papier, druk, typografia i, co bardzo ważne, zdjęcia autorstwa Ewy Brzozowskiej. Kota można nabyć nie w hipermarkecie, ani też w worku. Ale na pewno jest dostępny w ŁDK a także w księgarni Mała Litera w Łodzi. Wkrótce trafi do szerszego obiegu, zakupić go będzie można m.in. w internetowym sklepie portalu "poezja polska".

Okładka mojej książki

Ot, kot.
A co ja mam dalej pisać?
niedziela, 23 listopada 2008
niedziela, 16 listopada 2008
W najświeższym "Dzienniku" zestawienie najbardziej absurdalnych śledztw ostatnich czasów. Wśród rzeczywistych głupstw pojawia się ni stąd, ni zowąd temat "zamordowania laptopa" przez ex-ministra Ziobro. O ile pamiętam nieszczęsny komputer służbowy został w groteskowy sposób uszkodzony, co pogromca korupcji i transplantologii tłumaczył jeszcze zabawniej wypadkiem podczas przeprowadzki. Na pewno pamiętacie, że jeszcze jeden służbowy notebook padł ofiarą złośliwości losu. Wpadł do wanny, czy jakoś tak. Koincydencja wręcz zabójcza. Rozpisuję konkurs - przy okazji: każdy kto uszkodził swój laptop podczas kąpieli może wygrać u mnie reklamę na blogu. Za free. Nie sądzę jednak, żebym musiał umieścić na nim choć bannerek.

No cóż, włodarze IV RP nie dbali o komputery - to nie przestępstwo. Tymczasem dysk laptopa pana Ziobro dał się odczytać. I okazało się, że są na nim jakieś materiały do programów telewizyjnych, które przygotowywała... pani Kotecka. Ważna figura w telewizji publicznej.

Skandal? Eeee. Pan Ziobro dał sobie radę. Bagatelizował sobie fakt, że na laptopach kluczowych polityków pracują osoby nadzorujące politykę informacyjną bezstronnej i obiektywnej TVP. Łatwo zadać pytanie: a gdyby to Tuskowy notebook był, to co byś powiedziała? Czy coś byś przeciw miała, moja ty opozycjo dzisiejsza? A tak? Nic ważnego. Rzecz, za którą w szanującej się demokracji obie osoby złożyłyby dymisję okazuje się nic nie znaczącym epizodem. Takie tam.

Przy okazji: wszyscy, co uważali, ze telewizja publiczna jest pro-PiSowska byli kłamcami i paszkwilantami.

"Dziennik" przywołuje ten propagandowy i cienki humbug o "zamordowaniu laptopa" w serii dochodzeń prokuratorskich o obrazę prezydenta przez nazwanie go "polskim kartoflem". Innym razem chodzi o sformułowanie "durnia mamy za prezydenta"... Tyle, że ciężar gatunkowy spraw jest inny. Obrażalstwo głowy państwa jest żenujące. A upolitycznienie TVP za czasów rządu, w którym pan Ziobro pełnił kluczową funkcję jest faktem. 

* * *

Kilka stron dalej wypocony tekst na temat Adama Michnika. I spory tekst o kłopotach finansowych Agory. Coś w tym "Dzienniku", który lubię i czytuję mają uszkodzonego. I nie jest to laptop.   
wtorek, 11 listopada 2008
Ludzie się dziwią, nadziwić nie mogą. Tak to widać być musi. Weźmy na przykład taki medialny fakt: Carla Bruni odpowiada definitywnie na czerstwy dowcip premiera Włoch. Najpierw zatem zdumiewaliśmy się, ale bez przesady, poziomem włodarzy krajów europejskich. Później znów wypowiedzą żony prezydenta Francji. W końcu absurdalnymi ripostami włoskich lizo... lizusów, którzy stanęli w obronie kabareciarza na fotelu premiera i tak dalej. No i mamy ciąg zadziwiających wydarzeń: facet, o którym było wiadomo, że jest burakiem okazał się być burakiem. Tym samym, który z palca celował do dziennikarki na konferencji prasowej uznając, że to doskonały kawał. Osłupieliśmy, kiedy jakiś włoski maestro raczył powiedzieć, że woli całe życie z Berlusconim, niż jedną noc z Bruni, co świadczy o aberracji na skalę światową.

A na lokalnym podwóku nie było lepiej. Prezydent okazał się prezydentem, jakiś poseł PiS - jedynie posłem PiSu. A to Wałęsy się nie zaprosiło, a to skomentowało wybór Baracka Obamy na urząd prezydenta USA w nawiązaniu do wieszczych słów Adama Mickiewicza (imię jego czterdzieści i cztery!).

Co w tym wszytskim jest dziwnego? Może to, że ciągle nam się zdaje, że tam, wyżej, są jacyś kompetentni, mądrzy ludzie, którzy wiedzą co robią. I to wbrew temu, co prezentują na codzień i do święta. Dziwne.  
Idą święta a z nimi nieodłączne zawodzenie na temat upadku obyczajów. Ach, już się doczekać nie mogę narzekań na komercjalizację, na zawłaszczenie pięknej idei Świętego Mikołaja przez koncerny i marketing, które przerobiły go na grubego krasnala popijającego odrdzewiacz etc. BTW naprawdę zdarzyło mi się czyścić metalowe części - karabinu AK47 - za pomocą Coca Coli. Dawała radę, powiem wam.

Ja bym tylko spytał tych zmartwionych przemijaniem świata wartości etc., kiedy to Boże Narodzenie było tym rajem rodzinnym, tym świętem wypełnionym zadumą i religijnym zapałem? W dzieciństwie - owszem, był to czas magiczny. Ale dla rodziców, co musieli zdobyć te wiktuały, przygotować wszystko, ustawić, przenieść, wynieść i pozmywać to nie sądzę. Zwłaszcza, jeśli po karpia musieli stać w kolejce ze dwa dni.

Wszystko jest kwestią skali, dziś możemy w byle Tesco - magazynie rzeczy, których de fato nikt nie potrzebuje - nabyć co trzeba. I co nie trzeba też. Kanały TV liczymy w dziesiątkach a nie na palcach jednej ręki. Naturalnie wpływamy do zatoki lenistwa i przesytu. Ale nie dlatego, że upadamy. Ale dlatego, że wreszcie bramy do niej otwarto przed nami szeroko. 
środa, 05 listopada 2008
Chciałbym podsunąć służbom miejskim idealny pomysł na marketingowe działanie, które mogłoby osłodzić kierowcom i pasażerom nerwy i stres. Łódź zmieniła się bowiem dzięki ekipom remontowym w taki węzeł, że sam Aleksander Macedoński cisnąłby mieczem i z mocnym przekleństwem porzucił nadzieje na przejście do historii.

Próba została podjęta: Urząd Miasta wydał np. kiepską jak scenariusz M jak miłość gazetkę o wdzięcznym tytule "Korkociąg". Efekt marny, bo w obliczu zatoru wielkiego jak Rów Mariański, ten czterostronicowy knot może rozwścieczyć nawet mnicha z buddyjskiego klasztoru o ultra surowej regule. Sądzę, że ślepa wiara w moce agencji PR, która w przekonaniu urzędników ma, jak Bednarski, na kłopoty środek złoty, jest rozczulająca. Na syf, jaki nam państwo zapewniliście jest jedno lekarstwo - tabletki uspokajające w dawce wiadro na dzień.

Ale nie, ten projekt jest banalny i kosztowny. Mój jest znacznie bardziej finezyjny a przy tym tani jak tani był kiedyś barszcz. Wykorzystajmy znaną zawiść: sąsiad kupił Toyotę? Pewnie kradnie! Nowy Ford jest wart małej rysy, lusterka urwanego... Odwołajmy się zatem do tej cechy. Ogłośmy hasło kampanii: WOLNOŚĆ, RÓWNOŚĆ Tomku W SWOIM KORKU!

Czyli po prostu stwierdźmy, że w Łodzi, czy masz Mercedesa, czy Hondę, czy Maybaha - jeden kit. Stoisz, nie jedziesz. Równie dobrze zatem możesz podróżować Polonezem, rikszą. Tylko

braterstwa nie ma. I nie będzie.
niedziela, 02 listopada 2008
Kiedy byłem dzieckiem, w telewizji w czas Wszystkich Świętych i następnego dnia nieodmiennie leciał jakiś stary kinowy szlagier. Stary, to znaczy czarno biały, z przeskokami klatek, które brały się z kiepskiej jakości zachowanej kopii. Przeskakiwał zatem Eugeniusz Bodo, Hanka Ordonówna w pół kwestii przeskakiwała do następnej, pani minister tańczyła, by naraz nie tańczyć tylko mierzyć kolię przed kryształowym lustrem. Wszystkie te osoby łączył prosty fakt: zeszły z tego świata dawno temu. I tak film w gruncie rzeczy rozrywkowy, który bawił publikę z lat 30' naraz stawał się nostalgicznym tłem video dla 1 listopada.
Metamorfoza jak żywicy w bursztyn.

Zawsze też pojawiały się nieśmiertelne "Chryzantemy złociste", które stały na fortepianie i, nie wiem jak, koiły smutek i żal. Akurat we mnie budziły żal, którego nie czułem w dniu Wszystkich Świętych jak tylko sięgnę pamięcią. Po prostu, bardziej mnie przygnębiał ten sztafaż, te dekoracje, niż sama myśl o czymśtam, kimśtam, gdzieśtam.

Pamiętacie czas telewizji bez reklam? Kiedy między programami, w przerwach, pojawiał się motyw muzyczny i jakieś kwiaty, sceny z życia zwierząt, krajobrazy? Dziś w tym miejscu możecie sobie obejrzeć spot heyah, vizira.

Wskazówka się przesuwa, mili Państwo. Te scenki czarno białe ze śpiewającym Dymszą, te kwiaty w kryształowym wazonie dla naszych dzieci będą abstrakcją. Z politowaniem posłuchają waszych historii, o tym jak w gęstym tłumie trzymaliście kurczowo rękę taty, żeby się nie zgubić. I żeby ta atmosfera niezrozumiałego smutku nie wciągnęła was za wcześnie. Był jeszcze czas. Jest jeszcze.

środa, 29 października 2008
Mam za sobą jeden obejrzany odcinek "Czasu honoru". Dla niewtajemniczonych: serial produkcji polskiej, realia II WŚ, cichociemni, zdrada, miłość i Maciej Zakościelny. Szans na pobicie "Polskich dróg" nie mówiąc o "Stawce większej niż życie" nie ma żadnych. Oczywiście te legendarne już tytuły mają spory handicap - w czasach kiedy je emitowano telewizja to były dwa kanały. W tym drugi zaczynał wyświetlać coś bodaj po 14? Wcześniej prezentowano ekran kontrolny a w tle buczało sobie godzinami... Kto by zatem nie zapamiętał wdzięcznie jakiejkolwiek akcji, fabuły, dramatu?

Mimo tego "Czas humo... honoru" wypada blado jak reputacja PZPN. Jan Englert pojawia się chyba jedynie w celu wygłoszenia jakiegoś morału ("Waldek wpadł, bo nie przestrzegał zasad konspiracji!") - i tyle. Pamiętaj, naprawdę nie dzieje się nic...

I jak w piosence: nie stanie się nic, aż do końca. Nudno, mili państwo, kura, kaczka drób a płaci społeczeństwo. Jedyna postać, która stwarza przekonującą kreację to Krzysztof Globsz.

Kreacje tzw. aktorów młodego pokolenia pomijam, bo mam dobry nastrój. A zresztą mam idealny cytat:
"Jakie fajne chłopaki tę wojnę wygrały!
Zakościelny - drewniany, Wesołowski - głupawy,
Innych nazwisk - nie pamiętamyyyy"

;-)
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15

"W wierszach Michała Kędzierskiego odnajdziemy i Merrilla, i Brodskiego, i Audena, z jednej strony - dążenie do kunsztownej formy i rozległe kulturowe skojarzenia, z drugiej - precyzję opisu i sięganie do codziennego doświadczenia..."

Jacek Dehnel

Tak, kiedyś się pisało wiersze :)