Kategorie: Wszystkie | Andrzej | wielkie semantyczne nadużycie
RSS
środa, 11 kwietnia 2012

Zastanawiam się nad tym, czy przypadkiem opowiadając czy czytając naszym dzieciom mądre bajki nie popełniamy kolosalnego głupstwa. Czy przekonując je do tego, że cisi i serca pokornego odniosą w końcu zwycięstwo, że mężna i odważna postawa przyniesie sukces, nie skazujemy ich na powtórzenie własnych zdziwień i rozczarowań. Proszę bardzo, jest dokładnie odwrotnie. Skorupka za młodu nasiąknie ideałem a wyląduje w bajorze. Ot. 

Nie mam wcale na myśli takiej prostej dychotomii życie - baśń. O nie. Mnie idzie o to, że dzieciaki, które przechowają ten idealny obraz zbyt długo stają się idealnymi ofiarami i system (eh) bez żenady z ich porządności i podporządkowania korzysta. A ci, co mają wszystko w tyle potrafią wylądować poza jego zasięgiem i nic im z jego strony nie jest w stanie zagrozić. Przykład?

Podczas mojej służby wojskowej w Leźnicy Wielkiej łatwo było zauważyć, kto miał najciężej. Kto miał najwięcej służb, kto cięgle użerał się z zaszczytnymi obowiązkami podoficera dyżurnego kompanii. Kto ciągle miał tyle roboty, że przerąbane. Otóż najgorzej miał porządny chłop, o którym było wiadomo, że nie pierdyknie tych książek wyjść w kąt. Że zrobi, że się postara. I nawet nie tyle, że boi się kary. On się nawet PRZEJMUJE tym, że ktoś coś złego powie! Że coś złego pomyśli!

Tymczasem inny facet ma wszystko w tyle wyraźnie. Na zbiórki nie wychodzi, bałagan ma, na łóżku zalega a groźby robią na nim takie wrażenie, jak wariacje goldebrgowskie Goulda na amebie. Każą mu za karę biegać? Coś tam i pobiegnie. Ale szybko się męczą nasi wojacy tą zabawą. Ile można! Przewiny olewusa można czytać na apelu. Można je śpiewać na melodię roty a w tle postawić wielkie zdjęcie Monte Cassino. NIE RUSZA GO TO i już.

Z czasem zatem dowództwo zaczyna olewusa ignorować a porządnickiego eksploatować do granic jego możliwości. Jeden zalega na wozie, drugi zapieprza aż strach i klnie.

Ten przydługi wstęp jest komentarzem do TEGO

Zwróćcie uwagę: służby porządkowe nie są w stanie zapewnić ochrony miasta przed masową dewastacją. Policja, wzywana pod konkretny adres!, nie interweniuje. Zrezygnowani ludzie patrzą, jak ich przestrzeń zapełnia się wulgarnymi bazgrołami. 

Ale! Czas na stanowczość! Czas pokazać twarde prawo! Dura lex non sesn! Komendant straży miejskiej w Łodzi

 

przypomina jednocześnie administratorom, że ich obowiązkiem jest zamalowanie bohomazów. Mają na to 24 godziny. - Ja dałem swoim strażnikom trzy dni, żeby namierzyli wszystkie napisy i nakłonili administratorów do ich usunięcia - mówi. - Tym zarządcom, którzy tego nie zrobią, grożą mandaty do 500 zł.
Czy jednocześnie straż miejska próbuje ustalić sprawców wandalizmu? - Nie możemy tego robić. Nie mamy takich kompetencji. Straż miejska nie może prowadzić działań operacyjnych - mówi komendant.

 

 

Ahahahaha. Wiecie, co chcę powiedzieć? Że z prawdziwych stróżów prawa został nam jedynie Komisarz Alex.

09:03, tunder75
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 kwietnia 2012

Edukacja i kształcenie nie znają bariery kalendarza i święta mają za nic. Jak się człowiek zetknie z krynicą wiedzy, to choćby telewizor, mazurek, kanapa i święta panie, nic go nie powstrzyma. I ja się zetknąłem! Ile się dowiedziałem dziś z rana!

Moja koleżanka, socjolożka, specjalistka od singli, udzieliła wywiadu w gazecie. Niby znam ten temat, znam nawet ten ton a nawet naiwnie sądziłem, że tego typu wypowiedzi mamy z głowy, bo ile można rozmawiać na takim poziomie uogólnienia: kryzys męskości, samowystarczalne kobiety, przewaga do niedawna słabej płci i ogólnie mizeria. Ale jednak nie. I do tego naprawdę dużo się dowiedziałem. Serio serio!

1. "męskie ciało jest niezniszczalne już tylko w filmach i grach komputerowych" - coś wspaniałego. Dotąd wydawało mi się, że w ogóle jest ono w całości wykonane z blachy. Co prawda moje osobiste doświadczenia, kiedy to po lada upadku człowiek ścierał kolana, kaleczył się albo coś tam sobie stłukł... nieważne. Obok tego widziałem dość wyraźnie zniszczalność męskiego ciała, poczynając od mojego taty, który to najnormalniej popsuł się i umarł. Przypominam, że i w filmach i grach mężczyźni ginęli na potęgę i na pewno w takim Commando niejedno męskie ciało okazało się zniszczalne i to radykalnie.

2. Ale przecież symptomem naszych czasów jest fakt, że superbohaterem może być kobieta! Jako przykład - Lara Croft. No cóż, bede grau w gre, że Tomb Raider nr 1 ukazał się w 1996 r. Czyli "nasze czasy" to wspaniałe continuum, które rozciąga się odtąd dokąd nam wygodnie. Dobra nasza!

3. "Nawet do posiadania potomstwa mężczyzna nie jest już niezbędny przy obecnym rozwoju medycyny, bankach spermy". O, no to jest zupełnie jasne. Sperma w banku pojawia się z syntezy soi, ekstrahowanego z bakłażana chlorofilu i wody. Medycyna załatwia wszystko. Niezależna finansowo i wyzwolona kobieta poradzi sobie bez faceta, ponieważ to wszystko opierało się na

RACHUNKU.

Dopóki medycyna nie pozwalała, pieniędzy nie było, męskie ciało wydawało się niezniszczalne i tak dalej, dopóty - jasna rzecz - facet nie był ok, ale jakoś trzeba go było znosić. Obecnie już nie ma takiej konieczności.

O facecie, który by mówił coś podobnego o kobiecie, którą np. wymieniałby na lepszy model (tak, takie sformułowanie też pada w tekście) powiedziano by, że jest... no dobra. Jest do dupy. Ale oczywiście moja irytacja wynika z tego, że jestem mężczyzną, czyli przechodzę jakiś kryzys, nie przypominam w minimalnym stopniu australijskiego strażaka, który ma prezencję modela i kulturysty ale czułość Matki Teresy i ratuje z pożaru koalę. To znaczy nie wiem, czy bym ratował koalę, może... Jestem zażenowany tym, jak wiele głupstw można powiedzieć w jednym zdaniu. Jak w tych uogólnieniach można pogubić realnych ludzi, których się spotyka każdego dnia.

Można, tego się nauczyłem w wielkanocny poniedziałek 2012. 16 lat po premierze pierwszego Tomb Raidera. BEDE GRAU W GRE!

12:16, tunder75
Link Komentarze (1) »
niedziela, 08 kwietnia 2012

Zgodna przynajmniej częściowo z moim poglądem na sprawę: TUTAJ

20:44, tunder75
Link Dodaj komentarz »

Ten tekst jest podobno ważny i odważny. Pan Tomasz Machała powiada w nim, że przyznanie się dziś do praktykowania wiary katolickiej jest ryzykowne towarzysko. Kryzys autorytetu Kościoła jest na tyle posunięty, że zaczyna prześwitywać przezeń słowo "upadek". Oczywiście autorytetu, nie instytucji. Ta może trwać na swoich pozycjach i wygłaszać patriotyczną, antyaborcyjną i antykoncepcyjną mantrę. Szeregi wiernych stopnieją do garstki tych, których nie zniechęci zawierucha z komisją majątkową i skandale obyczajowe. Pan Tomasz Machała pisze, że znalazł jakiś azyl u Dominikanów, czyli jest nadzieja, szansa i wyspa ocalenia. Tylko czy warto na nią płynąć po morzu równie zachęcającym do kąpieli, jak Morze Barentsa?

Ośmielam się twierdzić, że nie dostrzegam żadnego ryzyka w przyznawaniu się do niemal dowolnych praktyk religijnych (poza jakimiś skrajnymi formami jak kult kosmicznego pojazdu lecącego za meteorytem). Ale nie chciałem o tym. Nie wiem, jaką presją jest w tym kontekście obarczone bycie osobą publiczną, dziennikarzem, szefem etc. No i nie wiem, jak to jest w Warszawie. 

Mam taki oparty na własnym doświadczeniu koncept. W latach 80', kiedy byłem dzieciakiem, Kościół był instytucją silną, przyznanie się do ateizmu mogło być i było obyczajowym / towarzyskim ryzykiem. Czyli sprawy miały się zasadniczo inaczej. I otóż wtedy mieliśmy do czynienia z absolutnym nieporozumieniem. Postać księdza Jaworskiego - ogromnego, otyłego nerwusa, targającego młodzież za uszy i włosy byłaby fajną karykaturą duchownego, gdyby nie była prawdziwa. Postać rozpolitykowanego nudziarza, serwującego antykomunistyczne kazania dzieciarni w wieku 13 lat byłaby także niezłym ucieleśnieniem oderwania od uniwersalnych prawd równie mocno, co od podłogi, gdyby nie była znanym mi osobiście faktem. 

Im więcej nas, wtedy trzynastolatków a dziś - wiadomo - było na takich lekcjach religii czy mszach, tym gorzej. Dla dzisiejszego Kościoła. Wtedy było to wspaniałe, prawda? Pełno ludzi! Dziś okazuje się, że jednak kiepsko wyszło. Bo po takiej zaprawie nie mam ochoty postawić w kościele nogi. I pewnie spora ilość zrażonych za młodu nie ma na to najmniejszej ochoty.

Nie mam natomiast żadnego problemu z tym, że ktoś ma inaczej i myśli inaczej. Po prostu nie dbam o to. Zaryzykowałbym twierdzenie, że mało kto dba, więc tekst pana Tomasza Machały wydaje mi się do niego samego adresowany. Tak jakby do siebie gadał, znajdował zagrożenie i sam się uspokajał. A kto mu broni. 

18:54, tunder75
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 kwietnia 2012

Sprawa jest znana. Premier rządu, który namawia ludzi do dłuższej pracy i późniejszego przechodzenia na emeryturę miał wśród pracowników swojej obsługi fotografa. Tenże zbliżał się do 60'. Naraz został zwolniony a Kancelaria zdecydowała o powierzeniu jego dotychczasowych obowiązków zewnętrznej firmie. Jest zrozumiałe, że natychmiast rozległo się larum i fora internetowe zalała fala w najlepszym razie ironii i - prawda - satyry. Politycy wiedzą, że to niedobrze, że wizerunek, że w ogóle PR z takim trudem utrzymywany, opłacany sowicie cierpi i się marnuje. 

CIR kilka dni przygotowywało odpowiedź. I oto jest: TUTAJ

Jak widać oszczędności są wymierne. Koszty pracodawcy są jak wiadomo wysokie, trzeba utrzymywać pomieszczenia, kupować sprzęt itp. Wynajęta firma będzie tańsza i są to, proszę ja Was, nasze oszczędności. Bowiem jeśli jakieś Apple chce utrzymywać dajmy na to specjalistę od kserokopiarki, to droga wolna, ich forsa - ich kaprysy. Ale na działanie służb publicznych my się zrzucamy. Itp.

Uzasadnienie CIR jest absolutnie żenujące, ponieważ tak się składa, że koszty pracy są windowane w dużej mierze decyzjami rządu, który - jak widać - zaczyna padać ofiara własnej polityki w kwestii zatrudnienia. Czyli już nawet premiera Polski nie stać na zatrudnianie ludzi na etacie! WOW.

Już sam początek coś nam jednak mówi:

 

Wiek nie odgrywa żadnej roli w kształtowaniu polityki kadrowej w kancelarii premiera - napisało CIR

 

Jak to nie ODGRYWA? Przecież nie tylko w kancelarii premiera ale także w tym Apple powinien na miłość boską odgrywać. Jest jednym z kluczowych czynników, który w tzw. polityce zatrudnienia należałoby brać pod uwagę ale nie w takim podskórnie wyczuwalnym paradygmacie, że "nie wywalamy z roboty ze względu na wiek". To jedno niewinne zdanie zdradza coś naprawdę niepokojącego.

Bardziej niż nieporadność jego autora.

12:41, tunder75
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 kwietnia 2012

Lata lecą i nieco inaczej rzeczy się mają, gdy idzie o moich idoli. Bo wiadomo: Curtis zmarł w 81', Hendrix jeszcze wcześniej... To taka nieodległa prehistoria. Ale w 2002, kiedy Lane Staley zamilkł na zawsze byłem już dorosły, pamiętam to. Gdzieś tego dnia ja jechałem do roboty, gdzieś daleko ode mnie ale ale.



 



Layne: I would have to say that this is the best show we've done in three years.
Sean: Layne, it's the only one!
Layne: Huh! Well it's still the best!
21:57, tunder75
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 kwietnia 2012

Mój drogo Watsonie - zaczął Holmes - pokonano mnie po raz kolejny. Nic a nic z tego nie rozumiem...

Spojrzałem na niego zdziwiony. Stał przy oknie, za którym rozciągała się panorama Łodzi. Nie wyglądał kwitnąco. Przygryzł nerwowo ustnik fajki i rzucił mi gazetę, w której przeczytałem co następuje:

 

ZAGADKA

 

Holmesie, zostaje nam tylko jedno wyjście - powiedziałem. Zadzwoń po Rutkowskiego...

09:28, tunder75
Link Dodaj komentarz »

Zaskakujące jak wiele naszych wyobrażeń o życiu opiera się na złudzeniach. Kiedy ponad dwa lata temu podczas wizyty w Łodzi kandydujący na urząd Prezydenta RP Bronisław Komorowski powiedział, że jego zdaniem "każda partia ma prawo taktyczyć" i nie ujawniać szeroko części swojego programu po to, aby zdobyć władzę i tenże program realizować, wydawało mi się, że tak się nie robi. Ale przecież praktyka pokazuje, że się robi. Ho ho! Jak się robi! Zatem mamy szczebel najwyższy. A lokalnie?

"Widzisz, polityka bracie".

Kiedy wczoraj pani prezydent Łodzi tłumaczyła, dlaczego uległa szantażowi referendalnemu i zgodziła się na powołanie kuriozalnej Rady Mieszkańców - przy okazji nie ma żadnego przekonującego wyjaśnienia, po co do cholery jest ta Rada - było już pewne: tak się nie robi. No ale jak to się nie robi, skoro się właśnie robi? Ejże, Michale. Masz 37 lat! 

Mam i co z tego? Polityka i co z tego? Oczywista rzecz: naiwnością jest oczekiwać, że polityk będzie się kierował li tylko sumieniem i moralną oceną. Skuteczność, trwanie. I takie argumenty padły: miałam prawo się bronić, zachować się jak polityk, dla Łodzi i wspólnego dobra wypiłam kielich goryczy podejmując współpracę z ludźmi, którzy mnie mieli na muszce. 

Mieliśmy syndrom sztokholmski, mamy swój własny. Łódź kreuje! Zadziwiające trwanie przy tych, którzy nam zagrozili.

Oczywiście. Moralność w polityce nieco przeszkadza. Czasami. Ale chyba jest granica i chciałbym chociaż w istnienie takiej wierzyć. Nie, nie jestem pierwszym naiwnym, ale też nie ostatnim i marzy mi się, aby była linia, za którą się nie wychodzi, ponieważ tak się umówiliśmy: gramy od tej linii do tej. Jak ktoś wyłazi poza, wypada. 

Na podwórkach kiedy się grało w piłkę rzadko kiedy mieliśmy jakieś porządne boiska. Linii też nie malowaliśmy. Było wiadomo: od tego krzaka do tego tornistra. I szło. Nikt nie oszukiwał, bo zabawa byłaby bez sensu. Wszyscy pozbierali by kurtki, torby i poszli do domów. 

Z miastem jest inaczej. Miasto nie piaskownica. Wszyscy się stąd nie zbierzemy nawet jak nas ktoś fauluje w dziadowski sposób. Czyli co, wstajemy i gramy dalej? A fair czy nie fair?

Nie dalej jak w minioną niedzielę Jakub Polewski podczas spotkania w PREXERZE odpierał zarzuty, jakoby powołanie Rady Mieszkańców było zapłatą za rezygnację z referendum. Kiedy opadnie pył i zamieszanie - powiadał - okaże się jak to było naprawdę. No i pył nie opadł i już się okazało. Wczorajsze wypowiedzi pani prezydent dobitnie pokazały, że jest jak jest, Rada nierada powstała w wyniku handlu politycznego.

A miało być nam głupio. No i nie powinno! Ale jest. 

06:23, tunder75
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 kwietnia 2012

Jak wierzyć w to, że dorosły człowiek powiada: całe referendum było sterowane i petryfikowane przez opozycję i zostało upolitycznione! To dlatego zrezygnowaliśmy z tej ścieżki a teraz mamy szansę być głosem mieszkańców, których Rada Miejska nie reprezentuje, politycy ich oszukują a pozarządówka - szkoda gadać. Weszła w układy i do kręgu mających jako taki wpływ na życie w Łodzi innych nie dopuszcza się.

Powiedzmy sobie: Mensa jednak nie czeka na takiego, który to mówi na poważnie. 

Stało się jednak coś naprawdę złego. Otóż pierwszy bodaj raz, a przynajmniej pierwszy raz tak dobitnie, organizacja pozarządowa wystąpiła w politycznym targu i ugrała jakiś parapolityczny twór. Coś, co przekreśla całą formułę współpracy, wszelkie procesy, procedury i pełnomocnictwa. Dotąd dość naiwnie sądziłem, że pozostajemy poza nurtem polityki dlatego, że takie formy działania są nam obce. Że wybieramy jakiś STYL. Tymczasem okazało się, że narzędzie szantażu pozwala odrzucić wszystko to, co było fundamentalne chociaż nie wypowiedziane i nie dekretowane. Stąd gwałtowna reakcja. Ktoś uderzył w zasady, na których dość dużo postawiono. W głowie się to nie mieści.

W znanym wszystkim cytacie błogosławieni są ci, co nie widzieli a uwierzyli. Otóż ja uważam, że jeszcze bardziej zasługują na błogosławieństwo ci, którzy jednak widzieli a potem muszą uwierzyć, że to co widzieli, to jednak nie jest to, co widzieli. Jeśli zatem ktoś widział ostatnie nasze sprawy w takiej sekwencji, że w toku zbierania podpisów wspierających wniosek o referendum grupa osób podjęła negocjacje z prezydentem, którego planowała odwoływać i w ich wyniku powołano "Radę Mieszkańców" - organ, w którym grają pierwsze skrzypki, sami decydują o jego składzie etc. - wobec czego zrezygnowano z dalszych działań przeciwko władzy - powtarzam: jeśli ktoś to tak widział, to jednak widział źle. A jak powinien, tego nie wiadomo. Okaże się to po ustaniu medialnej nagonki, sterowanej (wedle sugestii) przez tegoż prezydenta, któremu nie odpowiada świeżo powołana, zacna rada. Kiedy prawda wyjdzie na jaw będzie nam zapewne głupio. 

Ile ja bym dał - pierwszy raz w życiu! - żeby mi było głupio! Ale na to, że będzie, to bym 5 złotych jednak nie postawił.

20:57, tunder75
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 marca 2012

Z internetem (wtedy jeszcze z wielkiej litery) zetknąłem się po raz pierwszy w 1999 r. Edycja strony www w czymś nieco tylko lepszym, niż notatnik, cgi, jednopikselowe gify, triki, graficzna sfera uboga na ogół niczym przednówek... Od tego momentu "siedzę w sieci" - coś tam projektowałem, coś tam kodowałem i programowałem, coś tam wymyślałem, udzielałem się tu i ówdzie. Z tego wszystkiego pozostało mi dziś głównie udzielanie się - nie tylko w swoim imieniu. Tak się bowiem złożyło, że internet (obecnie z małej litery) poszedł w kierunku społeczności a ja, śledząc jego szlak, uruchomiłem wiele kanałów komunikacji dla mojego pracodawcy i dla własnych przedsięwzięć. Raport z obecności uczelni wyższych w social media ale przede wszystkim odzew odbiorców wskazują, że idzie mi przyzwoicie.

Mam zatem spore doświadczenie i kwalifikacje. Mam jakąś wiedzę, widziałem to i owo. I powiem Wam, mam marzenie. Mam marzenie, że firmy, marki, brandy - że w ogóle wszystkie te byty, które chcą i próbują komunikować się z ludźmi przestaną preparować swoje własne klęski. Zwane dziś górnolotnie KRYZYSAMI.

Marzę o tym. Ale wcale nie dlatego, że mi szkoda pieniędzy jakiegoś Wedla, który straszył blogerów. Nie. Jeśli Wedel chce sobie płacić za nieudolne akcje, potem średnio udolne działania PR - proszę uprzejmie, chociaż ja wiem... lepiej by pewnie było dla Wedla, jakby sobie coś smacznego za to kupił. A pewnie kupiłby za te kwoty kilka wagonów smakołyków. 

Chciałbym, aby takie sytuacje nie miały miejsca, ponieważ nie mogę już znieść całej sieciowej dyskusji na ich temat. Przypominającej kopaninę trzecioligowców wielkiej lekcji kryzysu, którą fundują mi specjaliści. Porad, co powinno się zrobić, a czego nie. Zdradzania tajemnej wiedzy o tym, że nie należy kasować nieprzychylnych komentarzy na fejsbuku. W ogóle pokazu arcykompetencji. Większość tych rzeczy to oczywistości i banały. A jednak ile to ciekawych postaci się wypowiada. A jakie to wszystko jest ważne. No i aby to wiedzieć to trzeba normalnie... no nie wiem co, ale to rzadkie jest, niespotykane wręcz. 

Proszę zatem wszystkie marki świata: opamiętajcie się. Przecież to są zwykłe sprawy: trzeba przyzwoicie, uczciwie (w miarę), bez blagi, skąpstwa (ach, te przeterminowane bakalie dla blogerów!) i wszystko będzie doskonale! 

Ja wiem, to trudne, ale przecież sami byście się na te przeterminowane bakalie wkurzyli. Gdyby ktoś wasze opinie kasował - też by był ból. Zacznijmy zatem ab ovo i kryzysów będzie mniej. UFFF!

14:42, tunder75
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32

"W wierszach Michała Kędzierskiego odnajdziemy i Merrilla, i Brodskiego, i Audena, z jednej strony - dążenie do kunsztownej formy i rozległe kulturowe skojarzenia, z drugiej - precyzję opisu i sięganie do codziennego doświadczenia..."

Jacek Dehnel

Tak, kiedyś się pisało wiersze :)