Kategorie: Wszystkie | Andrzej | wielkie semantyczne nadużycie
RSS
czwartek, 06 czerwca 2013

Są takie strasznie smutne miejsca zamieszkiwane przez ludzi, którzy chcieliby tak naprawdę kupić sobie lokal na księżycu, tyle, że to wciąż za drogie... Dzieci - przeszkadzają i nie po to się remontuje kostkę, aby po niej kredą mazać!

Ludzie ci nie pamiętają oczywiście jak sami byli dziećmi. Może za dużo lat i doświadczeń ich dzieli od tego okresu w życiu? Może. Tak czy owak godzić się na to nie warto.

 

Fotkę pomógł mi przygotować Mateusz Niewiadomski :)

13:00, tunder75
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 czerwca 2013

Temat jest mi o tyle bliski, że jestem ojcem dwójki dzieci. Mam córeczkę i synka. I mieszkanie. Dwa pokoje. Dość ładne, mieszka się nieźle ale - właśnie. Pokoje są dwa, dzieciaki rosną i moment, w którym trzeba będzie się przenosić do większego lokum zbliża się nieubłaganie jak zeznanie podatkowe.

I w tym momencie dostaję po oczach kampanią: fajnie jest mieć własny pokój. Ale brata fajniej! Wiadomo sprawa: demograficzna katastrofa także nadciąga, problem dzietności w dobie kryzysów, niepewności, bezrobocia, recesji, presji i braku efektywnego wsparcia ze strony państwa oraz zmiany kulturalne i społeczne - z tym wszystkim trzeba sobie jakoś poradzić. A jak? 

Najskuteczniejszym sposobem jest wydrukowanie plakatów, na których dwaj bracia cieszą się sobą do tego stopnia, że mały metraż mieszkania rodziców powiększa się, niczym kaczka potraktowana magiczną pompką w Akademii Pana Kleksa.

Na plakacie nie ma mieszanego rodzeństwa, czyli dziewczynki i chłopca, którzy pewnie byliby mniej przekonujący dla tzw. targetu. Dwaj chłopcy w jednym pokoju - ujdzie w tłoku (w obu znaczeniach). Miks - już trudniej przedstawić sielankowo i pastelowo. Jakie to życie niewdzięczne!

Możemy spokojnie założyć, że takie kampanie służą ważnemu społecznemu celowi. Ale ja bym nie zakładał. Nie służą. Papier jest oczywiście cierpliwy i przyjął te obrazki jak wiele innych nietrafnych i bezsensownych tzw. kreacji. Ale czy ludzie są aż tak cierpliwi tego testować nie doradzam. 

niedziela, 26 maja 2013

"Właściciel Widzewa podkreślał, że nie chce małego stadionu. Celem był obiekt 32-tysięczny, bo - zdaniem Sylwestra Cacka - tylko taki gwarantuje rozwój klubu. Po rozmowach z prezydent Zdanowską biznesmen stwierdził, że zadowoli go stadion z 20 tys. miejsc, ale z możliwością rozbudowy."

No właśnie: właściciel "nie chce", "zadowoli go" itp. Miasto buduje za publiczne pieniądze stadion, który wcześniej miał budować tenże biznesmen Cacek. Te wszystkie wolnorynkowe pierdoły zdaje się kończą się na linii demarkacyjnej "ponarzekajmy na ZUS". Bo gdy jest szansa wyrwania jakiejś subwencji to już jednak jest spoko a nawet pogrymasić można.

Na organizację kiermaszu i wydarzenia, które aktywizuje lokalną społeczność na Księżym Młynie nie tylko nie dostaliśmy ani złotówki z miasta, to jeszcze padła sugestia, że gdybyśmy chcieli wypożyczyć namioty, powinniśmy pokryć koszty ich montażu. W ten sposób powinniśmy dołożyć do bezpłatnej dla wystawców i gości imprezy, która promuje Łódź, jest zgodna ze strategią promocji miasta i odbywa się w obszarze objętym rewitalizacją. I w porozumieniu z pełnomocnikiem p. prezydent od tejże rewitalizacji.

Jak widać zdobycie namiotu wystawienniczego a zbudowanie stadionu to jednak inne rzeczy...

czwartek, 04 kwietnia 2013

Ilekroć wydaje mi się, że już nie dam się zwieść żadnemu złudzeniu, tylekroć popadam właśnie w kolejne. Doświadczenie uczy, że doświadczenie niczego nie uczy ale mimo wszystko mam nadzieję, że różne życiowe doświadczenia przywiodą mnie do szczęśliwego stanu, w którym to absolutnie każdą głupią, niesprawiedliwą, irytującą rzecz będę mógł skwitować dwiema maksymami filozoficznymi zaczerpniętymi z pamiętnych przebojów. A są to: "nic nie może przecież wiecznie trwać" oraz "czas nas uczy pogody".

 

a)

Dowiedziałem się niedawno, że przyszłość Wydawnictwa Kwadratura jest niepewna. Wiadomo, w dobie cięć i oszczędności mała i wydająca głównie poezję Kwadratura jest wyłącznie ciężarem dla uginających się od potrzeb budżetów Łódzkiego Domu Kultury (przy którym funkcjonuje) i Urzędu Marszałkowskiego (dotującego ŁDK). Wydawnictwo stworzone przez Piotra Groblińskiego ma kilka ważnych cech. Swoich autorów traktuje z dużym respektem, daje szanse debiutantom, książki przygotowuje starannie i bardzo ładnie wydaje. Organizuje spotkania i promuje literaturę. Wszystko to wskazuje jednoznacznie, że jest to byt wsteczny i archaiczny, którego miejsce jest w lamusie a nie w nowoczesnym świecie, gdzie na przykład planujemy wieszanie telebimów na gmachu Teatru Wielkiego oraz sypiemy groszem na idiotyczne reklamy "Łódzkie nabiera prędkości". Koszty tych ostatnich zapewne pokryłyby potrzeby finansowe Kwadratury na 10 lat. Promocja ma jednak to do siebie, że zdaje się banalnie łatwa a przykładów złej realizacji jest więcej, niż obecnie zasp śnieżnych. Pomińmy argument "sztuka, kultura, twórczość". W mieście przemysłów kreatywnych są to śmieszne słowa niegodne filozofa. Chciałbym jeszcze dodać, że oczywiście każdy, ale tak w ogóle Każdy! popiera krzewienie czytelnictwa, bowiem nic tak nie rozwija wyobraźni, jak lektura.

Nic nie może jednak wiecznie trwać.

 

b)

Kiedy moja mama w 1972 r. zaczynała pracę jako siostra PCK, podejmowała ją na umowę zlecenie. Kiedy w 2013 r. odchodziła na emeryturę wszystkie siostry PCK dostały wypowiedzenia po czym podejmowały pracę na umowę zlecenie. Mama jest osobą bezpośrednią, więc tak to właśnie skwitowała: przychodziłam - była umowa zlecenie. Odchodzę - są umowy zlecenia a wy się rozpierdalacie.

Czy to jest istotne? W końcu Jeremi Mordasewicz ocenia a przedsiębiorcy obawiają się. Kryzys. Elastyczny rynek pracy. Koszty i ich optymalizacja.

Otóż jest istotne, bowiem siostra PCK to osoba, która zajmuje się ludźmi w podeszłym wieku, często zupełnie samotnymi, pozbawionymi pomocy bliskich, z niewielkimi dochodami czyli rentami i emeryturami. Do tego schorowanymi. Służy jako pomoc pielęgniarska, załatwia formalne sprawy, bo świata nasze chorowanie na ogół nic nie obchodzi. Tyle, że ty ze swojej grypy wstaniesz niczym bohaterka piosenki Various Manx (onnnaaaa maaaa / siłę!). Osoby, o których mowa nie tylko nie wstaną, ale raczej zapadną się głębiej. I często siostra jest z takim niby obcym kimś do końca.

Ale obecnie szlus i szlaban. Nie wiadomo, kto taką pomoc ma zapewnić, skoro płaci się za nią ostatnie dziady, praca odbywa się w ramach śmieciowej umowy a do tego PCK musi wygrać przetarg, gdzie kryterium ceny jest zapewne odpowiednio ustawione. W ten sposób państwo, które daje ci jakiś ochłap dodatkowo demontuje system opieki. Na wynajęcie prywatnie raczej cię nie stać, na profesjonalny dotowany nie masz co liczyć.

I co powiesz?

Czas nas uczy pogody. 

Działa?

06:31, tunder75
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 stycznia 2013

Od pewnego czasu śledzę rozmaite komentarze związane z wynikami finansowymi firmy Apple. Kometarze te na ogół mają wspólny mianownik w postaci zdziwienia, że Apple zarabia mnóstwo i sprzedaje bardzo dużo produktów, a tymczasem akcje spadają i to na z pieca na łeb. 

Nie jestem ekonomistą ale wydaje mi się, że ten proces jest absolutnie zrozumiały, ponieważ... nie opiera się na ekonomicznym rachunku, a na prognozach oczekiwań i nadziei, jakie tzw. rynki wiążą lub wiązały z korporacją z Cupertino. A te nadzieje nie były oparte wyłącznie na rachubach i twardych danych. Opierały się na obietnicy, jaka zostały w marce per se.

Chodzi z grubsza o to, że wartość akcji Apple nie odpowiada realnej wartości firmy a zależy w dużej mierze od tego, że przyzwyczaiła nas ona do olśnień, przełomów i słynnych emejzingów. Teraz zaś, bez charyzmatycznego przywództwa, Apple jest ok, bardzo dobrze sobie radzi, ale nie zajmuje już takiego miejsca w zbiorowej WYOBRAŹNI.

I cena akcji dostosowuje się po prostu do tego poziomu, na jakim pewnie powinna być. Jeśli bowiem istotnym składnikiem wartości korporacji jest coś, co nie jest racjonale a emocjonalne i subiektywne, to takie same czynniki działają na korzyść i na niekorzyść.

Tak sobie myślę.

09:17, tunder75
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 września 2012

Nie znam programu telewizyjnego, bo oglądam telewizję bardzo rzadko. Ale nawet to co widuję nie nastraja optymistycznie. Serialne rodzimej produkcji są dla mnie nie do zniesienia, oferta dla dzieci jest dramatycznie słaba. Zdaje się, że opisywany gdzieś na blogu wolny rynek wymusił kierunek ewolucji mediów. Niestety, był to kierunek "do dna". 

Ale zanim przyznam rację Grzegorzowi Miecugowowi i przytaknę jego tezie o tym, że to telewizja dostosowuje swój poziom do widzów, więc jeśli oni są na poziomie kabaczków, to i program dla nich będzie oscylował blisko gruntu lub ciut niżej, wyrażę zdziwienie faktem iż:

stacje typu HBO budują swój sukces na doskonałych serialach, które znacząco odbiegają poziomem od drewnianego komisarza Aleksa czy takiego prawa Agaty. Skoro ludzie to kretyni, co sprawia, że jednak trafia do nich coś więcej, niż cycki Dody albo Natalii Siwiec, która jest idealnym wcieleniem starożytnej sentencji "jestem, po prostu jestem"? 

Nie chcę strzelać z kalibru: a BBC jakoś nadaje! Bo wiadomo, co mi odpowiecie. Natomiast ciekawi mnie jeszcze jedno: jak pan Miecugow chce występować w roli autorytetu, skoro sam przyznaje, że media abdykowały i zajęły się dostarczaniem ludziom totalnego chłamu? Będąc aktywnym uczestnikiem tego procesu przydałoby się nieco przyzwoitości... Ale o czym ja tu!

Warto jeszcze jedną rzecz zauważyć: na stronie gazety.pl link do dyskusji na temat jakości mediów i ich tabloityzacji znalazł się poniżej wielkiego zdjęcia ze ślubu Aleksandry Kwaśniewskiej. To tyle, w temacie.

Stanisław Lem opowiadał kiedyś, że upowszechnienie się telewizji witał z wielką nadzieją na to, że stanie się ona doskonałym kanałem masowego upowszechniania wiedzy. A stała się tubą idiotyzmu. Pan Grzegorz Miecugow ma na tym polu swoje zasługi, tym bardziej jego głos bardziej mnie śmieszy, niż martwi.

09:47, tunder75
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Czytam właśnie biografię Keitha Richardsa pod wszystko mówiącym tytułem LIFE. Jestem na etapie wczesnym, początków i nauki. Gość opisuje swoje pierwsze kroki w świecie muzyki - gitarę klasyczną i nylonowe struny, jakieś akustyki, elektryczne gitary podpinane do odbiorników radiowych... To był przełom lat 50 / 60. A u nas taka nędza gdy idzie o świat instrumentów była kurde w 80'. To znaczy ja to tak pamiętam. Wiecie, gitary Defil, z których nawet dobry lutnik mógł wydobyć tyle, ile się dało uzyskać z pudełka po warcabach i kija od szczoty. Ciężki jak cholera bas podłączony do radiomagnetofonu Wilga... Na tym tle Jolana Iris udająca telecaastera była niesamowitym cudem.

A do słuchania? A proszę - radiowa trójka. Czwórka i rozgłośnia harcerska. Audycje nagrywane na wspomnianą Wilgę, która wciągała taśmy z kaset. A tych nie było zbyt wiele, więc się je rozbierało, kleiło... o mój boże. Dziś, kiedy wieszczymy śmieć CD, kupić możemy dowolny numer dowolnego autora. Przy okazji: panie Marku Niedźwiedzki. Przekląłem pana imię milion razy podczas próby nagrania piosenki Kultu "Niejeden" z listy przebojów 3PR. I kiedy już miałem połowę tego niezwykłego songu nagle wskakiwał pan z jakiś kawałem, który był antycypacją sucharów Karola Strasburgera... DAMN!

Keith pisze, że muzyka i jej gatunkowe podziały wywoływały takie emocje, że bluesmani mogli się pobić z jazzmanami czy rock'n'rollowcami... U mnie na osiedlu rządził punk i hard core. I też afery wybuchały, ruchawki. 

Ano tak. Z naszej podwórkowej wrzawy nic nie zostało - LIFE BREVIS :) A Keith się trzyma! Tak trzymaj!

20:54, tunder75
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Z filmu, w którym Will Smith kreował postać nędzarza, który walczy o lepszy los swój i swojego synka i stara się zostać brokerem giełdowym zapamiętałem szczególnie jedną scenę. Nasz heros w drodze od zera do milionera rozmawia w parku z kloszardem, który ukradł mu jakiś tam medyczny sprzęt (Will Smith handlował tymże sprzętem medycznym). Złodziej myślał, że to wehikuł czasu i powiada: "muszę tam wrócić!!! Muszę zobaczyć jak Hendrix pali to wiosło!!!"

Otóż już nie musi. O ile oczywiście będzie go stać na bilet. Na koncert. Poważnie. Oto:



Nieżyjący Tupac Shakur śpiewa piosenki i hasa po scenie. Łatwo sobie wyobrazić, że za parę lat możemy znowu pojechać (?) do Monterey i zobaczyć, jak gitara Jimiego płonie a potem trzaska o deski sceny i rozpada się w drobny mak. Albo zobaczyć, jak Stevie Ray Vaughan (zginął w 1990 r. w katastrofie śmigłowca) zatyka papierosa za basowe E i zaczyna grać Lenny tak, jak nie zagrał po nim nikt na świecie, a próbowało jakieś dwa miliony gitarzystów (w tym ja).

Na takim koncercie, gdybyś zobaczył bracie super dziewczynę, to nie radzę gadać ani rozpoczynać działań zaczepnych. To kochany może być hologram. Ty nim możesz być. Wszystko może być. I nic.

21:20, tunder75
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 kwietnia 2012

sciera

Kurta na zdjęciu to "ściera" - jeansowa klasyka, którą nosiłem przez kilka klas podstawówki i na początku ogólniaka. Praktycznie moja druga skóra. Zimą nosiłem ją pod kurtką zimową. Ciągle i stale. Dziś jest grubości flanelowej koszuli, przetarta i popruta. Na rękawie wciąż ma naszytą własnoręcznie wykonaną przeze mnie naszywkę Septic Death.

Ścierę dostałem od ojca, który dostał ją od kogoś tam innego. Sprawa wyglądała tak: w tych egzotycznych czasach jeansowa kurta nie była jakąś sklepową oczywistością. Trzeba było trafić, zdobyć. "Gdzie zdobyłeś"? - tak pytali znajomi. I obcy ludzie, kiedy moja mama wracała do domu z rowerem Slalom "gdzie Pani zdobyła rower???". 

Mój przyjaciel Piotrek kupił sobie taką granatową nówkę Loisa w DH Pionier na Dąbrowie. Pognałem tam z mamą po to, aby zobaczyć puste wieszaki. Ktoś mnie ubiegł, łowy się nie udały. Wróciłem do domu rozczarowany. Dwa dni później podczas porządków tata wyjął z tapczanu nieprawdopodobny i zapomniany skarb: jeansową kurtkę Wranglera. Wtedy nie spojrzałem nawet na obciachowe guziki z napisem LOVE. To była LOVE. Od pierwszego wejrzenia. Love, jaka się zdarza rzadko. Na wiele lat, bezwarunkowa, oczywista.

Kiedy zbierałem się do domu po ostatniej wizycie u mamy, dała mi ją a ja oczywiście zabrałem. Zdjęcie zrobiłem telefonem, którego istnienia w 87 czy 88 nie mogli przewidzieć futuryści. Facet, który go wymyślił zaczynał wtedy święcić triumfy i sprzedawać pierwsze komputery Apple. 

Ściera wisi w szafie. Już jej nikt nie założy. Chyba, że mój Andrzejek. Jak podrośnie. Do zdjęcia.

20:44, tunder75
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 kwietnia 2012

W oddalających się nieubłaganie czasach mojej podstawówki status materialny manifestował się w prosty sposób. Rodzice mojego kolegi Pawła mieli prywatny biznes (który przy okazji ten z powodzeniem kontynuuje). W związku z tym, że szło im co najmniej nieźle, miał Paweł w domu takie cacko, jak magnetowid! Dwa komputery (atari i spectrum), rodzice zaś mieli samochód (wartburg). I porządny sprzęt stereo. I pewnie wiele innych rzeczy ale zwłaszcza magiczne WIDEO było absolutnym hitem. O ile wiem, państwo P byli jedynymi znanymi mi właścicielami takiego cuda. I Paweł jako gość o złotym sercu zapraszał kolegów, którzy mogli oglądać na widele Conana (tego prawdziwego, z Arnoldem), Rambo, porno (zdarzyło się raz), Commando i inne perły z ery wczesnego magnetowidu.

Później rzecz jasna wszystko potaniało i dostęp się otworzył się szerzej. Po tym, jak nawet w PEWEXIE można było kupować za złotówki zakup sprzętu przestał stanowić aż taki problem. Ale wciąż przez jakiś czas jeśli ktoś miał komputer, samochód, stereo i magnedowid to był ktoś.

Dziś sprawa jest jeszcze prostsza. Każdy ma w kieszeni telefon, który potrafi przechowywać muzykę, pokazywać mapy i trasy, odtwarzać filmy. O dostępie do internetu nie wspominam, bo w 88' jego rozwój do dzisiejszej  formy mógł postać no najwyżej w głowie Stanisława Lema.

Także mamy wszystko w swojej kieszeni i jednocześnie... bankrutujemy kupując zwykłe jajka, jabłka, masło i biały ser. 

Ot, paradoks na sobotę :)

19:30, tunder75
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32

"W wierszach Michała Kędzierskiego odnajdziemy i Merrilla, i Brodskiego, i Audena, z jednej strony - dążenie do kunsztownej formy i rozległe kulturowe skojarzenia, z drugiej - precyzję opisu i sięganie do codziennego doświadczenia..."

Jacek Dehnel

Tak, kiedyś się pisało wiersze :)