Kategorie: Wszystkie | Andrzej | wielkie semantyczne nadużycie
RSS
czwartek, 22 lutego 2007


Mojemu Ojcu

 

Jakby się nic nie zmieniło. Tak jak zostawiłeś:

Niedopitą herbatę, niezłożony sweter

Zwisający z oparcia, wczorajszą gazetę –

Nieład, który z Twoim odejściem stał się pajęczyną,


Nieobecnością, rozpiętą lepkimi nićmi w całym domu.

Wszędzie napięcie, drżenie, jakby delikatny opór.

Pewnie myślałeś: „nie, dziś nie jest zimno...”

(Krzesło,

            gazeta,

                        szklanka) i wychodzisz . Dokąd.


poniedziałek, 05 lutego 2007

Czyli teoria przekładu made in TV. Sztuka w jednym akcie, rozczarowująco bez ani jednego aktu (męskiego czy damskiego) za to obfitująca w zaskakujące nonsensy; w nawiasach przekład z Polsatu.

Występują

MICHAEL SCOFIELD (Michał Skofildowski)

LINCOLN BURROWS (Abraham Pogrzebany)

TŁUMACZ (English Translator ver. 0.1)

 

PRISONBREAK (Skazany na śmierć - to nie żart!)

 

Scena przedstawia celę wiezienną. Michał Skofildowski nerwowo oglądał swoją łydkę, gdzie kazał sobie wytatuować polską wersję językową serialu. Patent polegał na tym, że po odczytaniu wspak ukazywał się zapis fonetyczny. 

Michał Skofildowski (nerwo): What is he talking about? Where the fuck is it? I've been locked in this prison for 5 years and there is nothing in the script, that I'm sentenced to death penalty!

TŁUMACZ (głosem komputera z Akademii Pana Kleksa): Cóż to się wyrabia, ah jeż wpadł do kiszonki więzienie do kara śmierć Tokaj! 

Abraham Pogrzebany: Michae! Save yourself! Dont be a hero! At last not in this stiupid show!

TŁUMACZ (głosem jw.):Bo gdybym się kiedyś urodzić miał znów! Tyyyylko we Lwowi!

 

KURTYNA!

 

Objaśnienia: tekst dedykujemy wszytskim tłumaczom-artystom, którzy tworzyli tytuły "Elektroniczny morderca" i "Wirujący sex". Tradycja nie ginie! 

 

poniedziałek, 29 stycznia 2007

Sobotni wieczór wyglądał tak...

Właściwie mógłbym od razu napisać, że wszytskie filmy, w których gra pan Zakościelny (mierząc poziomem sztuki aktorskiej nawet i PrzedKościelny) są do niczego ale dojdę do tego w sposób finezyjny, wyrafinowany. Zatem:

siedziałem w nowo otwratej knajpie a na przeciwległej ścianie rozpościerał się przede mną dramatycznie zły, skłamany w każdym swym elemencie obraz. Złota słoneczna kula wpadała do wody o kolorze "cytrynowa świeżość" (Dulux?). Nieruchome, jednakowej wielkości pelikany trwały nad martwą, nie odbijające absolutnie niczego taflą. Wszytsko to było niby widziane z perspektywy jakiegos bungalowu, pawilonu, z którego dachu zwieszały się pnącza i pędy nieistniejących roślin. Zamaiar malarza był oczywisty jak zasady gry w serso: siedziałem oto w jakiejś chacie, gapiąc się na zachód, ptaki i drzewa.

I tu powinienem już dyskretnie dawać do zrozumienia, dlaczego uważam kreacje pana Macieja za niestrawne ale pokusa by ciągnąć dalej nie pozwala mi na to, bowiem:

Na parapecie po lewej stronie ktoś z pewną precyzją ustawił rząd drewnianych tulipanów w drewnianych donicach. Dekorator nie ustępował malarzowi jeśli nie byli jedną i ta samą osobą, wyjątkowo utalentowaną plastycznie przynajmniej wśród restauratorów i pracowników małej gastronomii.

Za oknem padał śnieg, który chwilowo nie mógł osiąść na mnie, przylepić się do moich butów, czapki. Ogień, który palił się w kominku rzucał refleksy na szybę nie sięgając sypiących się z nieba płatków i nie parząc - dotknięta gołą dłonią szklana powierzchnia pozostawał doskonale zimna.

Wszystko było na niby - w tym miejscu, w tym czasie. Byłem wśród dekoracji, czekałem na swoją kwestię. I kiedy Paweł wrócił z kolejnym piwem powiedziałem nareszcie: "stary, te cholerne gnioty marki Dlaczego nie - to jest dopiero gówno!"

 

 

czwartek, 25 stycznia 2007

Oczywiście jej nadejście było spodziewane od dawna. Cały grudzień minął nie pod znakiem "white christmas" a w atmosferze listopada, mżących deszczów, kałuż i błota. Portale internetowe co dzień publikowały co najmniej jeden komentarz związany z globalnym ociepleniem, dziurą ozonową, rozpuszczającymi się lodowymi szczytami biegunów i potencjalnym zalaniu miast wybrzeży. I znaczenie tych kasandrycznych wieści wkótce zaczęło przypominać nieco bardziej metaforyczne lanie wody. Zwyczajnie "przegadaliśmy sprawę", oswoilismy ją i zaczęła nam z ręki jeść, łasić się i usłużnie podsuwać kolejne warianty: zniknięcie z powieżchni ziemi Amsterdamu, temperatury tropikalne, katastrofy i huragany papierowe, cyfrowe, nijakie.


I naraz "zagadana" ale jednak nieuchronna zima uderzyła. W ciągu kilku godzin listopad zmienił się w grudzień ze styczniem i lutym naraz, śnieg zasypał drogi, zaskoczeni drogowcy niczym proletariusze ze znanego wiersza powiedzieli "TAK, to dziś - po raz nie wiem który zaskoczyła nas ta cholerna pora roku między jesienią a wiosną!". Nasze drogi zwęziły się do ścieżek, jakby krwiobieg zacisnął się, skurczył, wszytsko osłabło, ruch miasta zwolnił, zawał, zawał, zawał.

Brnąłem do pracy, śnieg zacinał ze wszytskich stron - a przynajmniej tak mi się zdawało. I co z tego, że spodziewałem się jej nadejścia, że wiedziałem, że sprawdzałem prognozy a zimowe ciuchy miałem na podorędziu? Otóż nic z tego, kiedy już jest i nie wiadomo, kiedy odejdzie, choć wiadomo, że to się stanie. Kiedyś.

środa, 24 stycznia 2007
Zmarł człowiek uważany za "najwybitniejszego pisarza spośród polskich reporterów" i niewiele więcej można do tego dodać albo z miejsca napisać elaborat na temat jego twórczości, która łączyła trafność obserwacji z pięknem stylu. Podobnie jak Stanisław Lem, choć w innej przestrzeni, otwierał nam umysły na pozornie oczywiste a umykające zwykle uwadze kwestie: że nasz europocentryzm nie jest wcale naturalnym punktem widzenia, że nawet czas można pojmować inaczej w różnych częściach świata, w różnych kręgach kulturalnych.

Pamiętam jego wstęp do "Dziennika z Boliwii" Ernesto Che Guevarry i dwie refleksje, które nasunęły mi się podczas lektury: że w tym streszczeniu widać osobiste zaangażowanie, pochylenie się nad losem ludzi, którzy pojawiali się na kartach tej książki. Nie była to akademicka relacja ale też nie było to ckliwe "wspominkarstwo". Z jednej strony rzetelna i fachowo wykonana robota, z drugiej, (czemu się waham czy to zapisać) zwyczajna ludzka dobroć. Druga myśl była zaś taka, że wyjątkowe mistrzostwo literackie, z jakim został zapisany ów wstęp, tworzyło dookoła nieudanej i katastrofalnej wyprawy kubańskiego rewolucjonisty rodzaj mitu. To już było więcej niż dziennikarstwo. To była literatura.

I tak go zapamiętajmy.
piątek, 19 stycznia 2007

Ale w nocy, za drzwiami i oknami rządziło coś zupełnie innego. Uparcie mocowało się ze wszytskim, do widoku czego przywykliśmy: drzewami, billboardami, huśtawkami, rozbiórkami i budowami. Powiedzmy sobie szczerze, że nie była to poważna niszczycielska próba a pierwsze podejście, test tego, na ile nasze wytworki są trwałe, co po takiej zabawie znajdzie się nie na swoim miejscu czy w ogóle nie na miejscu. Nigdzie. Jadąc tramwajem do pracy zauważyłem tabliczkę "TEREN PRYWATNY", którą wiatr zerwał z parkanu i wywiał na środek sterty rozgrzebanych śmieci. Najwidoczniej czy posiadłość prywatna czy publiczna nietrwały ten stan jednakowo.

_________________________________________________________________________

Kiedy w 1347 r. Jan Kantakuzen zostawał cesarzem Janem VI (będąc w kolejności V), w skarbcu Bizancjum znajdowały się tylko, jak powiada Gregoras, "atomy Epikura". Koronacja pary monarszej doczekała się także wiersza pióra Kawafisa pod tytułem "Z kolorowego szkła". Zamiast klejnotów koronnych, zastawionych w Wenecji podczas wojny domowej, uświetniały ceremonię kolorowe szkiełka imitujące dawne splendory i bogactwa. Jan VI szybko znalazł się w konflikcie z Genueńczykami, którzy monopolizowali ekonomię cesarstwa, zawłaszczając przy tym znaczną część jego potencjalnych dochodów. Walka była z początku nierówna: Bizantyjczycy bronili się na murach Konstantynopola a Włosi atakowali na morzu, ponieważ cesarstwo było od lat pozbawione floty.

Konflikt trwał, jesienią Kantakuzen nakazał budowę okrętów a środki na nie pozyskano w drodze powszechnej zbiórki. Statki powstały do wiosny i w marcu wydano morskiej potędze włoskiej walną bitwę. W przeddzień, o zmierzchu pojawił się dziwny wiatr budząc niepokój marynarzy bizantyńskich.

Bitwa byłaby godna dobrego sfilmowania. Flota cesarska od razu złamała szyk, lub też w ogóle nie zdołała go uformować. Po dopłynięciu na odległość wzroku do swoich rywali część załóg opanowała panika. Nie padł ani jeden strzał, nie zdarzyło się nic. Aż tu wenecki admirał patrzy zdumiony, jak greccy żeglarze masowo wskakują do wody, uciekają w popłochu, toną w pełnym rynsztunku. Z początku myślał, że to podstęp. Ale to nie był podstęp. To była przepiękna klęska.

W trakcie tych zmagań wiał strasznie silny wiatr. Niedoświadczeni marynarze Jana VI na swoich źle skonstruowanych okrętach wypłynęli na trudne wody cieśnin walczyć z wyjadaczami, mistrzami żeglugi. I kiedy dostrzegli ich przed sobą zrozumieli, że nie potrafią sprostać zadaniu, jakie przed nimi stanęło. Zwyczajna rzecz.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ani nasz wczorajszy wiatr ani ten z 1348 r. nie były miażdżącymi huraganami. A i tak część naszego świata zachwiała się w posadach. My jeszcze na pokładach, trwa sprzątanie. Ktoś kręci kołem i kieruje nas do naszej własnej pięknej katastrofy.

środa, 17 stycznia 2007

Ponieważ polska młodzież na ogół śpiewa niepolskie piosenki honoru tekstu w języku ojczystym postanowili bronić twórcy muzycznej oprawy seriali i trelemore... telenowel. Rychło wszyscy przywykliśmy do tragicznych rymowanek o tym, że "m jak miłość wiele imion ma" (szyk! styl!) nie mówiąc już o wersach "na dobre i na złe, znajdę wreszcie, czy tego chcę czy nie, moje szczęście". I racja! Bohaterowie robią co mogą, żeby ich malownicze tarapaty ciągnęły się niczym Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy - do końca świata i o jeden dzień dłużej. A tu jak na złość to cholerne szczęście w końcu się przypałęta i masz, trzeba znowu mozolnie rzeźbić w scenariuszu coraz bardziej karkołomne tarapaty (rozwód, amnezja, postrzelenie chirurga w dłoń przez zamachowca, odkrycie tajemnicy rodzinnej, romans, piąty zawał). Ponieważ tak nieuchronna jak owo "szczęście" jest chyba tylko śmierć, można tą pieśń interpretować jako ponury w gruncie rzeczy marsz pogrzebowy, co wyjaśnia dlaczegóż to "szczęście" można znaleźć "na złe".

Ale nic to, bowiem po "sępie miłości" nie straszny nam chyba żaden literacko-tekściarski knot. Wszelako inwencja artystów estrady nie ma granic i zdołali zakasować wszystkich nowym utworem i teledyskiem do niego. Panie! Panowie! Przed Wami: Piosenka tytułowa "Dwie Strony Medalu"!!! Ten ewidentny przykład ograniczenia środków literackich do namiętnego stosowania dopełniacza: "Maraton losu", "Poprzeczka celu", "Falstarty uczuć" jest okraszony uroczymi metafizycznymi sentencjami. Weźmy np. "Bieg szybki lub nie" - no jasne! Albo albo kolego. Żaden marsz, chód, marszobieg ale normalnie bieg. Okazuje się także, że "Każdy medal ma dwie strony Żeby wygrać trzeba grać" I tak dalej. Najwidoczniej autor ma w zanadrzu wielką księgę przysłów polskich i głowę pełną wspaniałych konstrukcji jak "Tafla układów" i "Mecze rozpaczy" (może meczę z rozpaczy byłoby bardziej na miejscu i być może lepiej oddaje styl wykonania songu przez znaną polską szansonistkę).

Nie ma nadziei, że uda się komukolwiek nie natrafić na rzeczony utwór słowno-muzyczny. Jako odtrutkę proponuję napisanie własnej wersji, bo ironia okazuje się - jak zawsze - jedyną bronią bezsilnych.

A zatem:

Ringo okazji Kto złapie je?

Szachy fantazji

skończmy tę grę

 

Karny wyznania

Znów szlocha ktoś

rzut młotem tekstu

i kulą w płot

 

REF:

Każdy serial ma piosenkę,

większość smętna jest jak ta

i widzowi serce zmięknie

kiedy w tekście "po-e-zja"

 

 

Leniwemu zawsze święto,

I mój Boże nie pomoże,

kiedy przycisk naciśnięto na pilocie... w nieodpowiedniej pooooorze....

 

 

Ciąg dalszy na pewno nie nastąpi.

I doczekałem się. Polonez staje się kultowym samochodem. Oto cytat z portalu onet.pl "na właścicieli polonezów padł blady strach. Na Śląsku grasuje szajka, która kradnie te auta". W pierwszej chwili pomyślałem, że posiadacz pojazdu rzeczonej marki powinien być złodziejowi wdzięczny. Został pozbawiony poważnego ciężaru, kwestia parkingów, opłat zniknęła jak zaczarowana. Po autku została szaranagajama i protokół spisany przez policjantów oraz niezatarte wspomnienie miliona napraw, korozji słowem straszliwego grata, od którego opatrzność boska nas uwolniła. Potem jednak przyszło mi do głowy, że jednak nie, że żadna wdzięczność. Dziś, kiedy kupić sobie samochód sprowadzony z, dajmy na to, Niemiec może każdy, kto sięga do klamki, związek z pojazdem nie jest już tym samym. Relacją: rumak i jego właściciel. No, rumak jak rumak. Ale kiedyś? Kiedy zgodnie z reklamowym sloganem "były powody do dumy"? Kiedy polonez spędzał sen z powiek zawistnych sąsiadów? Kiedy kupiony za jakieś talony, grube pieniądze i po znajomości był czymś, excuze moi, równie kultowym jak BMW? Ano właśnie. Ano ano
wtorek, 16 stycznia 2007

Jest już zupełnie jasne: polityka uprawiana przez ludzi, którym rozumienie świata zdążyło się wymknąć staje się przede wszystkim spektaklem. Równocześnie internet wkracza w fazę 00... czyli 2.0, zapewniając nam z grubsza biorąc możliwość przechowywania kosmicznych ilości bezwartościowych danych (serwery) i szanse na komfortowe ich przeglądanie (bo szerokie są i gościnne łącza Neostrady). W tej sytuacji następuje naturalna integracja i interakcja a jej efekty są i śmieszne, i straszne. Weźmy blogi postaci z naszego establishmentu. Straszą mocniej niż każda kreacja Paris Hilton i pomysły pana o dźwięcznym pseudonimie scenicznym “Piła”. Co dzień to nowy wpis, polifonia, chór polityków a hasło reklamowe jakiegoś marketu AGD “i tak do nas traficie” nabiera innego, dość nieprzyjemnego sensu. Albowiem wszystkie drogi wiodą przez banner lub toplayer na strony www panów Wierzejskiego czy Marcinkiewicza. I jak to mówił Jan Himilsbach niby pełno tego a “k... nie ma dokąd pójść”.


W tym świecie, który zasługuje na ocenę 2 i 0 (czytaj dwa zero) pojawia się naraz film wykorzystany w kampanii wyborczej pana Krzysztofa Kononowicza.

Nie, nie mam zamiaru pisać o domku drewnianym ani o sweterku z elany. Nie będzie nic o tym, od czego są oni. Za to będzie o tym, że o panu K. Wiemy właściwie wszystko, co trzeba. Wiemy na przykład, jak na IV RP przystało (a i w PRL nie zaszkodziło) kto za tym stoi. Cel groteskowej kandydatury został nam wyłożony w prostych żołnierskich słowach i dobitnie jak riposta wujka Staśka. Sytuacja jest jasna niczym przyszłość Gazpromu i każdy, komu chce się pomyśleć około 30 sekund (rekord swoją drogą) wie komu krzyżyk na karcie do głosowania a komu na drogę.


Ale z drugiej strony weź Racjonalny Wyborco przykład [ana Kurskiego a sytuacja się skomplikuje a kryteria się pozacierają. Facet owszem, garnitur, krawat, samochodzik. Elokwentny, lapsusów nie popełnia i pewnie od czasów chmurnej młodości w ogólniaku nikt nie słyszał aby publicznie powiedział coś w sensie “się napij się”.


Z drugiej strony, to jednak androny plótł niesłychane: te billboardy Tuska? Raczej obsuwa. Dziadek w Wehrmachcie – niezbyt. I teraz czym jeden, właściwie nieszkodliwy nonsens, różni się od drugiego, wypowiadanego mala fide za to we fraku?


No to może hipotetyczna sytuacja: obaj panowie kandydują na stanowisko prezydenta miasta Iława (przepraszam Iławian!). Czym się będziesz Racjonalny Wyborco kierował? Czy pointa będzie jak ze świeżego kawału: pójdziesz na kawę czy na piwo? Ja bym rzucał monetą – w razie czego pożyczę Ci piątkę.

Niebawem, po wielu miesiącach zapowiedzi, ma wystartować kanał tematyczny TVP Historia. Dlaczego obawiam się, że jego charakter da się określić w wielkim skrócie jako „zakazane piosenki”? Czemu przypomina mi się od razu przedstawienie z „Misia” (w nocy nalot w dzień łapanka), pełna prowizorka, patos i groteska? W państwie, w którym ideologia rozpiera się wygodnie gdzie jej się tylko uda, prosi żeby jej podać a to kanał radiowy, a to telewizyjny i jeszcze kaprysi, że nieładnie wychodzi na zdjęciach (zwłaszcza w towarzystwie Młodzieży Wszechpolskiej), lub że w prasie o niej niedobrze piszą, otóż w takim państwie historia jest środkiem jak każdy inny sprzedawania swojego wyobrażenia o świecie. Przeszłym, teraźniejszym ale przyszłym także. Bo skoro, niczym w „Stawce większej niż życie”, w IV RP każdy okazuje się w końcu jakimś agentem, to czas ich wytropić i napiętnować a wszystko będzie lepsze. Tak, to właśnie miał na myśli Tukidydes pisząc, że dzieło historyczne to nabytek na zawsze. Jako podręcznik inkwizycji na przykład. Albo dekoracja w gabinecie (polecam imitujące skórę oprawy – prezentują się w oku kamery wyjątkowo godnie).


Oczywiście historia nie jest żadną nauczycielką życia. W szkole pana Giertycha nie przeszłaby żadnego testu przynależności par... to znaczy kompetencji. Może się w końcu okazać, że tata współpracował chętnie z (jeszcze do dziś) generałem a ewolucja jakoś tam się odbywała. Czy się odbywa można zwątpić, przynajmniej w obiegowym jej pojmowaniu, to jest przetrwania najlepszych gatunków a fiasku najgorszych. Swoją drogą ciekawa sprawa, że „Jurassic Park” może okazać się w tym kontekście najdroższym ale i najbardziej udanym filmem propagandowym: proszę państwa, oto dowód, że dinozaury żyją sobie spokojnie, nie wyginęły. Amerykanie jak zawsze wiedzą co robią.


W sierpniowym wydaniu Polityki wywiad z dwoma odpowiedzialnymi za (nomen omen) kanał TVP Historia. Dziennikarz pyta o niebezpieczeństwo wykorzystywania programu telewizyjnego dla manipulowania faktami i interpretacjami w myśl – uwaga, ważny termin - polityki historycznej. Odpowiedzi są absolutnie rozbieżne. Pan nr 1 twierdzi, że nie ma mowy o podobnej sytuacji, jako że historia to przede wszystkim fakty a interpretacja tychże to publicystyka. I już nie wiadomo czy się śmiać, czy rozpłakać ale na pewno wiadomo, że od pilota telewizyjnego należy trzymać się z daleka, pokusę powstrzymywać czytając te zdania raz po raz. Otóż fakty mogą być w taki sam sposób przedmiotem sporu, interpretacja kryje się już w samym sposobie ich prezentacji, kolejności ich przedstawiania, a nawet stylu i jego niuansach. Ustalenie faktów i ich interpretacja są przy tym, moim zdaniem, sednem sprawy w tym samym stopniu. Skoro wiadomo, że Sobór Nicejski odbył się w 325 r. czy to znaczy, że rola historyka na tym ustaleniu się skończyła? Może jeszcze wyliczy uczestników, kto wszedł a kto kichnął i koniec. Do wydawnictwa.


Książka pana nr 1 nosi tytuł „Ogień. Zginął za wolną Polskę”. Czy twierdzenie to jest faktem czy interpretacją? Bo o samym Ogniu opinie są różne. Przysięgam przeczytać Tukidydesa po grecku jeśli autor wspomnianej pracy jest mnie w stanie przekonać do tego, że tytułowe stwierdzenie to fakt a nie subiektywna opinia podlegająca krytyce.


Drugi z panów nie miał za to podobnych oporów: dla niego polityka historyczna nie jest niczym nagannym. Zatem dwie najważniejsze osoby TVP Historia, kształtujące jego programowe oblicze nie tylko mówią bzdury, ale nawet w tym się nie zgadzają. Ja gdzieś już takie rzeczy czytałem, bo wiecie państwo, sam jestem historykiem.

1 ... 31 , 32
 

"W wierszach Michała Kędzierskiego odnajdziemy i Merrilla, i Brodskiego, i Audena, z jednej strony - dążenie do kunsztownej formy i rozległe kulturowe skojarzenia, z drugiej - precyzję opisu i sięganie do codziennego doświadczenia..."

Jacek Dehnel

Tak, kiedyś się pisało wiersze :)