Kategorie: Wszystkie | Andrzej | wielkie semantyczne nadużycie
RSS
poniedziałek, 02 września 2013

"Wciąż więc mamy paskudny postkomunistyczny nawyk zrzeszania się (celem uprawiania prywaty – dop. aut.)."

To jedno zdanie jest warte zalogowania się i skomentowania. Ale jest w tym tekście: http://antyweb.pl/antyweb-oskarzony-czyli-o-radach-fundacjach-i-innych-dziwnych-tworach/  znacznie więcej. Zacznijmy od tego, że w mojej opinii styl, jakim linkowany tekst został napisany jest mało komunikatywny. Autor stara się sarkastycznie dowcipkować a ironią szafuje hojnie. Nie wychodzi to na zdrowie. Trochę trudno mi rozdzielić te dywagacje i subiektywny a nawet stronniczy opis sytuacji od tego, co faktycznie skłoniło Radę Etyki PR do zajęcia stanowiska. Rozumiem jednak, że pojawiło się podejrzenie uprawiania kryptoreklamy przez jednego z blogerów Antywebu. Zrobiło się nieprzyjemnie a tekst, który cytuję jest odpowiedzią - dodajmy dość emocjonalną. Mniejsza zresztą o to. Ciekawsze jest, że osoba, która zapewne chce, aby jej teksty traktować z jaką taką powagą reaguje niepoważnie wtedy, kiedy akurat dostaje to, czego oczekuje. Jeśli Rada Etyki PR pochyliła się nad sprawą, dowodzi to jednak rangi problemu. Nad byle jakim wpisem Rada zapewne nie debatuje. Natomiast reakcja autora nie wydaje mi się poważna. Tym bardziej, że stosuje on niebezpieczny chwyt: dyskredytuje całą instytucję i w końcu ideę zrzeszania się. Fundacje, stowarzyszenia czy rady - ot, pokłosie komunizmu i PRL. Pomijam oczywisty absurd tej tezy. Wiadomo powszechnie, że w krajach, których na ich szczęście nie dotknął żaden totalitaryzm nie działa ani jedno stowarzyszenie czy NGOs. Zarzut uprawiania prywaty natomiast można znakomicie odnieść do linkowanej publikacji. Wedle mojej oceny jest to przykład klasycznej przepychanki, kończącej się nieodmiennie argumentem "ale on zaczął". Akurat zaczął się też rok szkolny, więc jesteśmy na adekwatnym poziomie.

W komentarzach pojawił się także zarzut, że krytycy zdania o postkomunistycznej genezie zrzeszeń skupiają się na nieistotnych kwestiach, pomijając meritum sprawy. Otóż nie. Jeśli piszemy zdanie, to - w zamyśle - coś to zdanie oznacza. Podobnie jak biegłość językowa nie jest jakimś dodatkiem do sedna opisywanych problemów czy sedna. Umiejętność jego przekazania ma znaczenie. Niedbałość i nonszalancja także mają swoje konsekwencje. Postawienie gardy w taki sposób, że "A Kolega Szymon zapomniał, że piszę tu felieton, a nie elaborat" pomińmy, bo komentator rozprawił się z nią bez wysiłku ;)  

21:07, tunder75
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 sierpnia 2013

Było o TESCO i maskotkach angry birds, czyli właściwie o zbędności albo o nadmiarze. Nadmiar jest w ogóle najlepszym określeniem tego, co nas otacza, jeśli nie liczyć rzeczy, które są naprawdę istotne. To znaczy np. pracy, pewności, czasu jest niedomiar. Za to śmieci - góra. I co rusz na tej górze ląduje coś nowego. Paradoks, prawda. Nowe rzeczy na wysypisko? A co z nimi robić?

W czasopismach dla dzieci rozpanoszyły się tzw. gratisy. Czyli: jak gazetka jest o przygodach Buzza Astrala, to koniecznie trzeba dodać plastikowy pistolet na wodę. Jak o kucykach, to lusterko dla młodej damy. Widziałem także zestaw składający się z wędki i sznurka oraz morskich stworzeń, które można było łowić podczas kąpieli. Wszystko to są kosmicznie tandetne buble, które rozlatują się w rękach a ich cykl życia jest krótki, jak nadzieja na zwycięstwo polskich piłkarzy w liczących się na świecie rozgrywkach.

Rada wydaje się prosta: nie kupować. Toteż nie kupuję. Przynajmniej od jakiegoś, dość długiego, czasu. Ale ten cały "crap" ma to za nic i lśni zza folii na półeczce, czyli faktycznie na przystanku w drodze na wysypisko. A na tymże będzie tkwił do końca Słońca. Może jednak potrzeba czegoś więcej, niż tylko ignorowanie sprawy? 

Przyznacie, że zaśmiecanie Ziemi plastikowymi pistoletami Buzza Astrala jest jakimś szczytem absurdu i niezłą metaforą. 

06:36, tunder75
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 sierpnia 2013

27 sierpnia 1990 w katastrofie śmigłowca zginął jeden z moich ukochanych muzyków, Stevie Ray Vaughan. Jego stylem jestem przesiąknięty na wskroś i kiedy gram na gitarze, gram rejwołnem - nie da się tego pozbyć. Ale nawet nie próbuję. 

A tak zaczynała się wielka kariera tego artysty:



Od wizyty u mojej przyjaciółki Agnieszki żyję w ciągłym lęku. Otóż Agnieszce i jej córce udało się usypać z maskotek miaturowe Himalaje, w których bez ustanku panuje najwyższy stopień zagrożenia lawinowego. Moje obawy dotyczą dwóch rzeczy. Po pierwsze, oczyma wyobraźni widzę pokój usłany pluszakami, które wreszcie spadły z półek i regałów a na tym osuwisku bezradnych ratowników poszukujących ocalałych. Po drugie, patrząc na rozwój wypadków w pokoju mojej córki Michaliny boję się, że za kilka lat do podobnej katastrofy dojdzie i u nas. Każde urodziny, powrót z wakacji czy wycieczki to przecież nowe kotki, słoniki, pieski oraz, !, króliczki. Drobne kamyki w potężnych ruchach górotwórczych.

Od pewnego czasu w TESCO prowadzona jest akcja promocyjna. Z grubsza jej sens polega na tym, że za każde zakupy powyżej ustalonej kwoty otrzymuje się naklejkę. A kiedy zbierze się komplet, można zakupić ze znacznym rabatem dość fajną maskotkę postaci z gry Angry Birds. Z początku pluszowe ptaki i świnie leżały w markecie wszędy, ludzie zbierali znaczki i było w porządku. Zakładam oczywiście, że koszt produkcji takiego suweniru pozwala TESCO na tę hojność. Przy tak masowym zamówieniu jednostkowa cena pluszaka musi być niewielka. Ale chętnych nie brakuje, bo zakupy zrobić trzeba a zabawka fajna. No i gra popularna.

Problem polega na tym, że od pewnego czasu, bodaj dwóch tygodni, owych pluszaków nie ma już w żadnym znanym mi markecie. W moim osiedlowym wywieszono co prawda harmonogram... dostaw angry birdsów & co. Wczoraj np. przypadał termin takiej dostawy. Ludzie zgromadzili się przy półce i to, poważnie!, całkiem tłumnie. Wcześniej zresztą upewniliśmy się, czy termin zostanie dotrzymany i czy jedzie już do nas z daleka pociąg a w nim pluszowe ptaki i świnie (a tcy wagonów co najmniej czterdzieści, taka moc narodu czeka, przebiera nogami!)

Nie przyjechały.

Została tylko szara, naga półka.

Nie wiem, czemu TESCO nie oszacowało zainteresowania tą akcją i co zawiodło. Poza oczywiście zawodem polujących na te birds & pigs, bo tu zawiodło samo. Tak czy owak może jeszcze podziękujemy? W ten sposób nie dokładamy kolejnej cegły do muru maskotek, który - jak w smętnej pieśni barda - runie, runie, runie, co jest nieuniknione. I kto mnie wtedy odkopie? TESCO? 

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Namolny symbolizm, który roboczo nazywam "wajdowskim" to raczej bułka z masłem. Należy ludziom postawić przed oczami jakieś coś - może być klepsydra, koń, karabela. Cokolwiek by to było stanie się wehikułem jakiejś nieokreślonej metafory. Jeśli nie dzieje się tak automatycznie, należy podłożyć w tle muzykę Kilara lub ładnie sfotografować. Rozumiecie, światła, cienie pełgające na ozdobnej uździe. I do tego takt po takcie jakiś polonez. Rebus gotowy. Odpowiedź: historia Polski. Pastwię się a sam nie umiem. Ale co poradzisz? Wszystko to dałoby się jakoś znieść, gdyby nie fakt, że owe metafory udają opowieść o rzeczach, o których niczego sensownego nie da się powiedzieć. Zostają zatem takie pocztówki i złudzenie, że sie dotknęło czegoś, czego nie tylko dotknąć nie sposób, ale czego zwyczajnie nie ma.

Ale czasem przecież tak po prostu jest, że lądujesz w scenografii. Ja wylądowałem. Dawny ośrodek wczasowo - kolonijny Zakładu Włókien Chemicznych ANILANA Łódź został podzielony w trzech czwartych. Mój dom płotem podzielony / podzielone płotem strony. No i jest tak, jak w piosence: jedna strona to naprawdę dobry, sprawnie zarządzany hotel a nawet, jak mówi nazwa, Prestige Spa. Możesz z rodziną pojechać w Karkonosze i z hotelu nie wychodzić. Atrakcji sporo, radochy też dużo. Ta strona zasypia około 22:00 - wiadomo, dzieciarnia. 

Druga strona natomiast nigdy się nie budzi. Pociąg Prywatyzacja 89' uciekł jej sprzed nosa. Po drugiej stronie płotu został niewielki budynek, który przyjeżdżając na kolonie czy zimowiska nazywaliśmy Autobusówką. Mieszkali tam kierowcy autobusów, kiedy przyjeżdżali Autosanem i "trumną", aby nas zabrać do domów. I zostało krzywe, zarośnięte zielskiem boisko, na którym spędziłem w 89' niesamowity szmat czasu jak na gościa, który nie bardzo lubił sport. A futbolu wcale. Ta strona nigdy się nie budzi.

No i naraz w 2013 roku stoję po stronie lśniącej, świeżo rozbudowanej i porządnej. I oglądam zza płotu zapuszczoną i rozpadającą się stopniowo drugą, niezmienioną, niby czyjąś ale niczyją. Panie Kilar! Wal pan marsza! W jednej z bramek zaczyna już wyrastać drzewko (jaki kicz). A w tle, na jasnym niebie widać schronisko na najwyższym ze szczytów Karkonoszy - Śnieżce. Wygląda jak latające spodki ze starych filmów SF. Może rzeczywiście wylądowali tam jacyś kosmiczni szpiedzy, ale po pewnym czasie wyszli na chwilę i zarazili się tą cholerną melancholią. Pojazdy zostały puste, łączność się urwała i nikt nas nie obserwuje. Cały ten cyrk dla nikogo. Jak pięknie.

Człowiek wszakże nie po to chowa się na podwórku graniczącym z resztką sadu, żeby płotek go powstrzymywał. Sadzę zatem przez sztachety i lada chwila jestem na starych śmieciach. Niemal dosłownie. Świerszcze cykają, chwast i zapomnienie. Idę zarośniętą ścieżką, ale się urywa i oczywiście brnę po kolana w trawie do drzwi Autobusówki. Są otwarte ale nie wchodzę. Z bliska widać, że jeszcze kilka lat i niewiele z tego zostanie. Chyba, że jakiś inwestor przerobi, rozbuduje, nadmucha, skosi. Rozbierze. Usunie. Kilara!

Już tylko Kilar. Powiadam Wam. Puste bramki i te szczyty. I, to już szczyt wszystkiego, zaczynają się na mnie sypać jakieś wspominki jak z szafy, do której kiedyś coś się upchało a teraz niebacznie otworzyło się drzwi. Serio. Burdel nieziemski. Postanawiam sobie, że ten bajzel tu zostanie. W tych chaszczach, pod tym niebem, w cieniu tych drzew. Walę zatem w kierunku płotka, przeskakuję i gówno. Okazuje się, że znowu napchałem do tej cholernej szafy. Tylko jeszcze więcej.

Jeśli jednak jest sobie jakieś jutro, to wczoraj z dziś nie zmiesza się tak do końca. Poziomy się wyrównują, dzieciaki krzyczą, że to powiedziało, że jestem głupia! A on mnie udrapnął! Trzeba sobie zaplanować jakieś zajęcia na urlop. I kiedy ostatnie nuty smętnego poloneza ulatują przez okno na wyłożone kostką podwórze, Michalina mówi do mnie z przedpokoju: tato? Tu jest tak ciemno, że nie widać światła.

 

 

czwartek, 15 sierpnia 2013

Jutro rozpoczynam konsewarcję nadajnika. Pracował dość długo i dużo ale najwyższy czas, aby go na chwilę wyłączyć. W ostatnich dniach zaczął nawet nieco trzeszczeć a i wizja siadała. Zaczęło śnieżyć. Kto pamięta śnieżące telewizory? 

Mówiąc wprost: jadę na urlop. A jadę do miejsca, do któregoś w latach 80' podróżowałem na kolonie i zimowiska. Normalnie. Zbiórka pod nieistniejącym już dziś zakładem pracy, w którym pracował tata. Podróż dawno zezłomowanym autosanem albo ogórkiem vel trumną. Do miejsca, które jest ale kto to wie? A jak dojadę do tego starego ośrodka ze śnieżącym telewizorem? Do miejscowości, w której synonimem luksusu jest (był?) hotel Skalny z wewnętrznym basenem i Pewexem na terenie?

A wiecie, przejechałbym się. Także ruszam do Karpacza. Za chwilę dalszy ciąg programu.

18:45, tunder75
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 lipca 2013

Miał być kij w mrowisko, więc Piotr Grobliński wybrał doskonale: dość duży drąg a i kopiec spory:

http://www.e-kalejdoskop.pl/kij-w-mrowisku-zakorzenieni-czy-uwiazani.aspx

Moim zdaniem sprowokowanie tych, którzy starają się działać w Łodzi i na jej rzecz było tu motywem najważniejszym. 

"Dlatego nie wierzę w te wszystkie Święta Łodzi, w te edukacyjne spacery i fotograficzne konkursy. Nie wierzę w zatroskanie organizacji pozarządowych ani w prawdy zaangażowanych felietonistów publikowane w weekendowych dodatkach." 

Umówmy się wszakże, że w opisanej przez Piotr Grobliński sytuacji patriotyzm wmówiony i udawany jest tyle samo wart, a może i więcej, niż autentyczny, poświadczony próbą jubilerską poświęcenia na ołtarzach rodem z serialu "Czas honoru". Bo rodzi dobre owoce: właśnie te gry, właśnie to Centrum Dialogu z jego wspaniałymi inicjatywami i wiele innych. Ja chętnie się przyznam - jestem Judaszem. Nie stanowi dla mnie żadnej różnicy, czy ktoś nosi koszulkę z napisem Księży Młyn bo jest dramatycznie poszukującym poczucia przynależności nieszczęśnikiem, czy jest to... no właśnie. Co on miałby zrobić, aby Piotr uwierzył?

"Ponieważ nikt tego miasta nie rozumie, nikt tu nie jest w stanie spojrzeć na siebie z dorosłym dystansem. Zobaczyć, czym jest to miasto i kim my jesteśmy. Ja też niewiele z niego rozumiem, więc w zasadzie powinienem siedzieć cicho. Mam jednak jakieś w miarę trzeźwe rozpoznania:

 

  1. To miasto ma problem ze skalą – zawsze było i jest albo za małe, albo za duże. Bo wciąż jest wymyślane na nowo, przez kogoś projektowane. Nie może rozwijać się organicznie.
  2. To miasto jest skręcone i złamane. Nie może się zdecydować, czy jego osią ma być Piotrkowska, czy może Piłsudskiego. Czy łączyć ma Zgierz z Pabianicami, czy może Berlin z Moskwą?
  3. To miasto chce koniecznie zapomnieć o 400 latach swojej rolniczej przeszłości. Wciąż chcemy myśleć o sobie jako o mieście przemysłu (włókienniczego albo kreatywnego). A przecież nazwa Księży Młyn nie wzięła się ani od fabryk Scheiblera, ani od Fabryki Sztuki. A ogródki działkowe to dla potomków chłopów przybyłych tu do pracy coś więcej niż rozrywka."

Ale właśnie odpowiadam: nie rozumiem! I co z tego? Tak, niczego nie rozumiem, co mnie to obchodzi? I co? Zapomniałem o 400 latach historii Łodzi? Zapomniałem! Miałem wtedy 400 lat mniej, tyle się działo, że wyleciało mi z głowy. Nie myślę o Łodzi jako o mieście przemysłu tego i owego, myślę jak o swoim i chcę, żeby było lepiej. Nawet i z tymi chłopami trafiłeś, bo niby rodzina taty to także z dziada pradziada, co mnie nic nie obchodzi zresztą, ale już babcia, moja mama - no wiocha. Mama ma działkę. Ale dalej: no i co? 

Nie istnieje nic więcej, niż to. Maska, jak pisał Kołakowski, przyrosła do twarzy. Ot. 

05:23, tunder75
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 czerwca 2013
niedziela, 09 czerwca 2013

Gdybym zadał wam zagadkę: kto taki zaserwował publicznie dowcip o tym, że seks z urzędniczką uprawia się wedle zasady "puk puk - mogę wejść" odpowiedzielibyście racjonalnie i kompletnie błędnie, że Ferdynand Kiepski. Błędnie, ponieważ o nasz dobry humor postanowiły zadbać Łódzkie Wiadomości Dnia - program TVP3 Łódź na swoim oficjalnym fabebookowym profilu. Z dyskusji, która wywiązała się w komentarzach poniżej godnego Sztrasburgera kawału wynika, że osoba prowadząca komunikację w mediach społecznościowych nie widzi nic zdrożnego w publikowaniu dennych dowcipów i rozmienianiu na drobne marki, na której rzecz pracuje. 

Wiele razy spotykałem się z podobnymi sytuacjami: marek, firm, które próbują być jeszcze fajniejsze, niż oczekują tego ich odbiorcy. Tak jak wielu szefom wydaje się, że najlepiej jest zakumplować się ze swoim zespołem. Ale ani od publicznej instytucji nie oczekujemy dowcipu, taktu rodem z familiady, ani od kier... pardon: menedżera nadmiernej poufałości.

Z kolei tutaj znajdziecie garść żartobliwych porad dla przyszłych ojców. I właściwie nie wiem, od czego zacząć, bo każdy punkt (poza tym o pralce, ten jest dość ok) jest świadectwem braku lotności - ani zabawnie, ani sensu. Weźmy "Szkoła rodzenia? A po co? Dzieci rodzą się od zawsze (patrz: punkt 1). Macie to we krwi. Powiedz mi szczerze jak TY masz pomóc przy porodzie? Do przecinania pępowiny i dotrzymywania towarzystwa rodzącej nie potrzebny jest żaden kurs." Na litość... W szkole rodzenia uczysz się także tego, jak wygląda pierwszy etap rodzicielstwa, twój udział jest czytelny sygnałem zaangażowania, wspierasz swoją partnerkę... No ale wiecie - gadanie w internecie nie służy temu, żeby było mądrzej. 

Ty masz lajki zbierać! Retweety! 

09:21, tunder75
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32

"W wierszach Michała Kędzierskiego odnajdziemy i Merrilla, i Brodskiego, i Audena, z jednej strony - dążenie do kunsztownej formy i rozległe kulturowe skojarzenia, z drugiej - precyzję opisu i sięganie do codziennego doświadczenia..."

Jacek Dehnel

Tak, kiedyś się pisało wiersze :)