Kategorie: Wszystkie | Andrzej | wielkie semantyczne nadużycie
RSS
sobota, 09 listopada 2013

A jesień była wyjątkowo łaskawa tego roku. Tak wiem, patrzysz za okno i pukasz się w czoło. A jednak! Bywało przecież, że o tej porze leżał śnieg. Bywało znacznie gorzej. Naprawdę nie ma dramatu: trochę deszczu, mżawka, wielkie rzeczy. Co prawda jak się dłużej postoi w jedym miejscu bywa nieciekawie. Wczoraj różne służbowe obowiązki rzucały mną po mieście. Na szczęście jednak musiałem się ostro naspacerować, więc nie zmarzłem a wręcz przeciwnie. Maszerowałem, bo remonty, rozgrzebane trasy i wielka drogowa miejska rewolucja. Było miło, jakkolwiek na takie wyprawy przez tłuczeń i piach, na które trochę popadało powinno się zabierać nie eleganckie obuwie a zwykłe gumofilce.

W kontekście remontów i utrudnień napisano już chyba o wszystkim. O terminach i maszynach. O parkingach i kierowcach. O tramwajach i kolizjach, pieszych, buspasach i euro (dotacje). A ja Ci powiem, że doceniam tych policjantów i strażników miejskich, co to wystają na skrzyżowaniach i przy zamkniętych odcinkach. Pod znakami zakazu i sygnalizatorami. I tłumaczą, zatrzymują i kierują objazdami. I mokną. I marzną. Rozumiem, że teraz to brzmi jak takie łubu dubu niech nam żyje - wiadomo. Ale poważnie: mimo, że jesień jest łaskawa, to jednak co w tym przyjemnego: sterczysz, zawracasz i jeszcze się nasłuchasz, że bez sensu ta trasa, tamta też w ogóle nie da się żyć w tym mieście (zapewne wersja kulturalna)?  

I jak tak łaziłem wczoraj pomyślałem, że następnym razem podejdę i powiem pani/panu, że dzięki, dobra robota. Pewnie pomyślą to co ty. Że jestem skończonym głąbem. Ale ponieważ jest to stuprocentowa prawda nie będzie mi to szczególnie przeszkadzało :)

05:55, tunder75
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 października 2013

I są: strażnicy tradycji, przeciwnicy makdonaldyzacji, łamiący styropianowe cegły zaszczepionych na nasz rodzimy grunt badziewnych świąt zza siedmiu mórz. Przeciwnicy helołin i walentynek. Zwolennicy zadumy i prawdziwej powagi w obliczu jednako nieuniknionych: śmierci i miłości.

Jakimś cudem nie czułem się dobrze w gęstej ciżbie drepczących cmentarnymi alejami. Nigdy. Pojechać samemu w jakiś ładny dzień, poświęcić trochę czasu - proszę bardzo. Palić tę stearynę i tuptać z zimna udając zadumę, o którą tak cholera trudno, gdy wokoło pełno ludzi, ledwie znośnych zapachów i hałasu - raczej dziękuję.

1 listopada w latach 80' to była taka bardzo smutna niedziela. Za krótkie wolne, a jednak wolne. Niby wolne, ale w telewizji "Znachor" i chryzantemy złociste. Wiadomo, że nic tak nie oddaje tragedii śmierci, samotności, świadomości tego, że życie ucieka przecie nie przystaje, niż nieme kino albo zapomniany doszczętnie film z Eugeniuszem Bodo. 

A co jest pomiędzy? Pomiędzy biegunem świecących diabelskich rogów i plastikowych zębów wampira a czarno-białym zdjęciem w plastikowej pomalowanej na złoto ramie? Poczytam sobie Herberta i o Herbercie. Pójdę z dzieciakami na spacer. Nic tak, jak świadomość końca nie motywuje do wykorzystania czasu w sensowny i dobry sposób.

A jakbym miał wybierać, to wolałbym te rogi założyć, niż się Foggiem napawać i w telewizyjny znicz ślepić. 

09:49, tunder75
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 października 2013

Postawione w tytule pytanie jest oczywiście prowokacyjne. "Latarnia jest po to, aby było widno" - odpowiada przedszkolak. Jest to rzecz oczywista rozwiązanie niegodne filozofów, sprawa musi mieć drugie dno, jakąś sekretną szufladkę. Spróbujmy zatem dotrzeć do doskonale zamaskowanego przełącznika, którego uruchomienie sprawi, że nareszcie stanie się jasność.

Niemal natychmiast po zakończeniu prac remontowych na łódzkiej ulicy Roosevelta podniosły się głosy, że wieczorami i nocami ta urlokliwa odnoga głównej ulicy miasta tonie w ciemnościach niczym zapomniana pieczara. Odpowiedź czynników oficjalnych była taka: przed remontem latarni było pięć. Obecnie jest siedem. Z czego płyną proste wnioski: 1. jesteście malkontentami. Poprawiliśmy sytuację a wy jak zwykle zresztą marudzicie. 2. siedem latarni oświetla ul. Roosvelta rzęsiście i ludzie spokojnie docierają do restauracji, knajp oraz Domu Literatury, który działa na niej pod numerem 17.

Argumentacja rzuciła nieco światła na całą sytuację niestety na biedną ulicę żadną miarą. I jak było ciemno, tak jest. Wszystko dlatego, że związek latarń oraz ciemności na ulicy jest pozorny. Latarnia jako źródło światła? Nie. Latarnia ma dobrze pasować do stylu i charakteru przestrzeni publicznej. I trzeba przyznać, że ten postulat został spełniony. Latarnia nie może również przeszkadzać. To znaczy: nie może świecić w okna, nie może płoszyć nietoperzy (są pod ochroną!) I w tym wypadku ulica Roosevelta może spokojnie konkurować z każdym strychem czy jaskinią. 

Jak widać wszystko jest w najlepszym porządku: latarnia jest po to, aby nie płoszyć nietoperzy.

11:17, tunder75
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 października 2013



Smutne wieści:

"Lou Reed, Velvet Underground Leader and Rock Pioneer, Dead at 71

New York legend, who helped shape nearly fifty years of rock music (...)"

 

I żeby nie było jakoś pretensjonalnie tu się zatrzymamy z pięknym utworem z pięknej płyty.



I tyle. 

05:50, tunder75
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 października 2013

Po wczorajszym spotkaniu z Filipem Springerem, autorem książek o architekturze i przestrzeni publicznej, mam w głowie bałagan nie mniejszy od tego, który mnie otacza na ulicach, placach, wszędy. I właściwie nie wiem, czego się spodziewałem, ale tego w Domu Literatury nie było albo tego nie znalazłem. I proszę mnie dobrze zrozumieć: doceniam i "Wannę z kolumnadą" i "Żle urodzone". Sądzę, że wysunięcie problemów estetyki, porządku w przestrzeni publicznej, architektonicznej pornografii i powiązania tych wątków z budzącym się nareszcie sprzeciwem, którego efektem jest np. miejska partyzantka do pierwszego rzędu dyskutowanych problemów jest wspaniałe. Spotkanie zresztą przyciągnęło tylu ludzi, że spóźniwszy się 7 minut nie dostałem się do sali i wysłuchałem spotkania stojąc na korytarzu. To też krzepi. Tylu ludzi widzi i czuje podobnie! 

Ale przecież co z tego. Pośmialiśmy się z bud, w których sprzedaje się kababy i zapiekanki (kiedyś np. "zaatakowaliśmy" taką, na której pojawił się slogan "Spróbuj a wrócisz!" Dodaliśmy jedną literkę "Z" i wyszło "Spróbuj a zwrócisz!"). Pooglądaliśmy zdjęcia rezydencji i hoteli, na podjazdach których witają nas kolumny, palmy i gipsowe lwy. Doceniliśmy oczywiście biznesowy czyn tych, którzy stawiali wszystkie koszmary typu Gołębiewski w Karpaczu. Który przy okazji pęka w szwach a jego goście mają nas w tapczanie, co zresztą jest dość gorzką konkluzją, która pojawiła się na spotkaniu. Pooglądaliśmy zdjęcia dotkniętych nieuleczalną pastelozą blokowisk. Tyle, że to samo mogliśmy i możemy zrobić oglądając na facebooku strony jak np. Polisz arkitekczer albo na huj mi architekt. Tam też zobaczymy ilu nas jest (w skalu kraju a nie miasta). I też poczujemy się rozbawieni. Ha ha. Kabaret nie ma dziś szans, wszystko się samo parodiuje i ośmiesza. 

Pojawiły się dwa motywy dość słabe. Pierwszy, to teza, że Grupa Pewnych Osób - łódzka miejska partyznatka znana z zabawnych i skutecznych akcji - straciła impet po tym, jak niektórzy z jej liderów dostali pracę w magistracie. Odpowiedź Springera była bardzo dobra: skoro padła propozycja podjęcia konstruktywnej roboty nie było wyjścia. Trzeba było podjąć wyzwanie. Wieczna opozycja to jest wspaniała rola. Loża panów z Muppet Show była na pewno najwygodniejszym miejscem dostępnym widzom. No i czas leci, życie nie ustaje. 

Druga opowieść o tym, jak prowadzący spotkanie Maciej Robert borykał się z planem miejscowym i omijał jego zapisy podczas projektowania swojego domu... No cóż, nie wiem, czy ja bym się podobnie zachował. Pewnie tak. Niby dura lex sed komisarz Alex, ale czy ja wiem... I tu jest pogrzebany pies, że co innego, kiedy od czci i wiary odsądzamy tych, którzy na kamienicach w centrach wywieszają reklamy wielkości bosika do kosza, a co innego, kiedy my sobie jakoś tam radzimy z tym "urzędniczym absurdem". 

Wyszedłem więc na miasto, które było jakie było, dotarłem do domu na pastelozowym osiedlu. Wszedłem na klatkę schodową, na której leżały stosy ulotek, więc podniosłem nieco z podłogi i wrzuciłem do karonowego pudełka, które dozorczyni postawiła specjalnie w tym celu. W windzie zaatakowała mnie tablica z posterem reklamującym szkoły językowe, stomatologię, zakłąd fryzierski i... koniec, bo tylko na drugie. Wysiadam, jestem w mieszkaniu i odpalam komputer. Nowe wpisy polish architecture, zabawne komentarze i jest mi weselej. Na smutno.

08:33, tunder75
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 października 2013

Nie pamiętam odkąd ciągnie się w Łodzi ta passa drogowych tragedii. Ale jest już dość długa i niezwykle dramatyczna. Czasem mamy do czynienia z pijanym kierowcą, który zabija kobietę i dziecko na przejściu dla pieszych w centrum miasta. Czasem ginie przypadkowy przechodzień zabity przez kierowcę trzeźwego ale kompletnie ignorującego ograniczenia prędkości. Każdoroazowo takie dramaty chwieją naszym poczuciem bezpieczeństwa. Każdorazowo razi nas niewspółmierność kary zapisanej w kodeksie do rozmiaru tragedii. A właściwie jej bezmiaru.

Jeśli przynajmniej czasami poruszacie się samochodami na pewno mieliście do czynienia ze współużytkownikami dróg, których zachowania były nieprzewidywalne, groźne, niebezpieczne. I konsekwencje mogły być opłakane. Być może sami sprowokowaliście podobne? Nie mówię o błędach, które zdarzają się każdemu. Mówię o nonszalancji, o braku szacunku, bezmyślności, fantazji kawalerów z kompanii Kmicica zakutych w blachę pojazdu mechanicznego tak szczelnie, jak ich głowy są impregnowane na argumenty i znaki drogowe. Nie wspominając o kulturze. Dla takich ludzi na jezdniach toczy się gra: oni kontra leszcze i policja. Leszcze jeżdżą regulaminowo, czyli są frajerami, mandat zaś jest rodzajem karnego puntku w jakimś fpp czy fps, gdzie nic nie dzieje się naprawdę. Taki banan w jakimś Super Mario. Wjechałeś - poślizgnąłeś się i wracasz do początku.

Nie podejmę się odpowiedzi na pytanie skąd to się bierze, bo bierze się zewsząd. Z kultury, egzekwowania prawa, które można było latami ośmieszać i to tak banalnie. Wystarczy, że żadna z podejrzewanych osób nie przyznaje się do kierowania autem i spowodowania wypadku. Kuriozalny przebieg dochodzenia w głośnej sprawie śmierci łódzkiego poety Marcjusza Moronia jest tu dobitnym przykładem. Bierze się z głupoty. I bierze się z możliwości, jakie stwarzają tory wyścigowe, przeskalowane jezdnie pozbawione fizycznych barier dla rozwinięcia nadmiernej prędkości. Czyli nie ma podejścia systemowego a jedynie punktowe, koncentrujące się na pojedynczych wypadkach. Takie, wybaczcie określenie, case study.

Toteż kiedy czytam komentarze, że "mówimy o pijaństwie i prędkości a nie o polityce uspokajania ruchu czy jakichś progach i zwalniaczach" albo "kluczem jest zaostrzenie kar i ich egzekwowanie" to odpowiadam: owszem, to wszystko racja. Ale jednak to tylko kwałek układanki, na który obecnie patrzymy. A cała reszta leży rozsypana, niektóre elementy zostały w ogóle zgubione albo nie było ich w opakowaniu.

A jak długo będziemy traktowali takie wypadki jako efekty jednostkowego pijaństwa i głupoty, tym częściej będziemy marnować okazję na podejście do problematyki bezpieczeństwa na drogach kompleksowo. Czyli, jak sądzę, jedynie skutecznego. Będzie to banał, ale co począć: bez zmian w systemie kar, systemie szkolenia kierowców, wreszcie bez sensownie i dla ludzi zaplanowanych miast, w których nie ma arterii szerokości autostrad nie będziemy czuć się bezpiecznie. Nawet na pasach, nawet na chodnikach. Nigdzie poza murami domów, mieszkań czy miejsc pracy.

20:18, tunder75
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 października 2013

No dobrze, dożyłem dnia, kiedy to znienawidzone powszechnie skajowe obuwie Relaks wraca na mętnej fali sentymentów i mody na rupiecie z lamusa PRL. Otóż relaksy stały tam sobie obok złożonych, jak mi się zdawało, na zawsze spodni piramidek i kurtki pasażerki. Oraz marmurkowych dżinsów i włoskich żarówiastych butów z napisem adventure! Wszystko to zostanie zapewne wskrzeszone, chrystepanie! Duch! 87' Przeminionego roku postać, modlitwa i trwoga, bo przecież miałem i ja. I ja chadzałem w granatowych relaksach. Miałem je np. ze sobą na zimowiskach w leżącej nieopodal Nowego Targu wsi Klikuszowa. Mieszkaliśmy w niewielkiej szkole, zaś kawałek dalej znajdował się hotel. Każdy porządny obywatel zatrzymywał się kochani w ośrodku FWP a nie po hotelach rozbijał! I pił piwo jakie akurat było na sklepie (jeśli było) a nie, do cholery, jakiś zapuszkowany DAAB i FAXE. I jarał jak należy deesy czy wiarusy a nie przeklęte Marlborasy. Ale puszki od piwa to się zbierało i stawiało w pokojach jako dekorację. W przeciwieństwie do rodzimych wyrobów, które zdobienie i reklamę miały w życi (po co się starać, skoro kupiłbyś wszystko, byle w ogóle było) tamte opakowania mamiły kolorami, wzorami i w ogóle: puszka! Ach! A piszę o tym dlatego, że goście owego podklikuszańskiego hotelu ciskali puszkami od piwa wprost do potoku. Widząc to unoszące się na falach dobro wlazłem ci ja na lód aby zgarnąć cenne trofeum. Już w dzień wyjazdu! Lód niestety był cienki jak nasz obecny futbol, wpakowałem zatem obutą w relaksa nogę do wody. Złapałem jakąś siatkę i podciągnąłem się na brzeg. Ale siatka była mocna jak frank szwajcarski i drugim relaksem także sięgnąłem dna. W dwóch przemoczonych buciorach jechałem do domu pociągiem, w którym nie grzali nic a nic. Puszka natomiast odpłynęła w siną dal.

 

Już w 89' relaksy to była wiocha oczywista. Kończyłem podstawówkę, zima właściwie już odpuszczała. Wracałem z kolegą Mariuszem Kapczyńskim do domu w ładny niemal wiosenny dzień. Taki jeszcze bez pąków, ze spłacheciami śniegum błotem ale już już... Gadamy, gadamy aż nagle jakieś dzieciaki zaczynają, jak to mówiliśmy wtedy, polewać z relaksów, które mój towarzysz miał na nogach. Idziemy tak, idziemy, oni polewają w końcu Mariusz odwraca się do mnie i mówi tak: "widzisz? Zazdroszczą mi!"

 

No ba.

 

http://www.marketing-news.pl/message.php?art=39871

Tagi: relaks
10:10, tunder75
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 września 2013

Początek tygodnia w internecie należał do gościa, który nagrał i opublikował film, w którym powtarzał jakąś mantrę przedstawiciela handlowego, fanatyka Amwaya, diamentu, rubina, rekina biznesu. Przemowa kwalifikowała go do natychmiastowej bezpłatnej porady logopedycznej. Co nieco dało się też powiedzieć o guście i estetyce. Podsumowując: beka, oppa gangam stajl i ulubiony w sieci ubaw czyimś kosztem. Internet nie bierze jeńców i nie zapomina. Nasz trener wyląduje zatem na memach a jego niezapomniany performens będzie wykorzystywany jako dowcipna i cięta riposta w toku dyskusji na forach, facebooku i gdzie się tylko da błysnąć.

Jestem wdzięczny losowi za to, że kiedy byłem dzieciakiem globalne skompromitowanie się nie było taką prostą sprawą. Owszem, zdarzały się makabryczne wtopy, których wstydzę się tak, że wykrzywia mi twarz. Ale jaki one miały zasięg! Miałem np. zespół punkowy, który odbywał tak zwane próby w moim pokoju. Za perkusję robiło oparcie kanapy a ja byłem gitarzystą i grałem na klasycznej gitarze firmy Defil. Zresztą "grałem" to określenie na spory wyrost. A teksty! Nazwy zespołu nie jestem w stanie wypowiedzieć na głos - ten poziom żenady! Teksty! Litości! Czemu ja to jeszcze pamiętam! To jest chyba kara za te knoty. Nagrywaliśmy "próby" na magentofon Wilga, dorabiałem tragiczne okładki z licznymi czaszkami i płomieniami... 

Oczywista sprawa, że gdyby przyszło nam grać dziś, zamiast na kasecie Stilonu Gorzów zarejestrowalibyśmy te nasze wygłupy w formie wideo i zaatakowali youtube. Co by się działo - trudno ocenić ale łatwo przewidzieć. Istnieje cień szansy, że nasze gusta inaczej by się kształtowały, że naszych starych byłoby stać na jakieś tanie instrumenty, bo wtedy w sklepach muzycznych był tylko ocet. Niemniej sądzę, że blamażu nei dałoby się uniknąć. Zmierzaliśmy ku niemu niczym ćmy do lampy. Dzięki bogu nic z tego nie zostało zapisane i odgrywa się wyłącznie w mojej pamięci.

I kiedy widzę Twój film, drogi kolego gnębiony wadą wymowy i naiwną wiarą w zaklęcia o sukcesie i triumfie myślę o tej kompromitacji ciepło i z pełną sympatią. Dobra robota! Tradycja została podtrzymana! Nie zrobiłbym tego lepiej, ale na pewno - gdyby tylko przyszło mi urodzić się później - stalibyśmy obok siebie na liście memów jako prawdziwi artyści blamażu.

Pozdrawiam Cię serdecznie!

08:30, tunder75
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 września 2013

Byłem, proszę ja was, dzieckiem. Byłem nim jakoś w latach 70 i 80, więc w okresie siermięgi i zniewolenia. Rodzina była tradycyjną, więc wiadomo: jak komunia, to prezenty. Jak prezenty - to zegarek. Ja dostałem pozłacany zegarek ZARIA made in USSR. Idealny delikates dla młodziaka, który większość czasu spędzał na podwórku, gdzie przecież ani ciuchów, ani sprzętów się nie oszczędzało. Zaria zatem popsuła się kilka dni po odpakowaniu. Z początku tata nosił ją jeszcze do róznych fachowców ale po którejś z kolei awarii zwyczajnie odłożył ją do skrzyneczki. Wyjąłem ten zegarek bodaj rok temu. Paradoksalnie jego awaryjność ocaliła go od zagubienia bądź innych utrat, które przytrafiły się innym czasomierzom, którem nosił później i później... Dziś Zaria byłaby w sam raz. Mam 38 lat, podwóko opustoszało i i siły nie tyle, co wtedy. I fantazja mniejsza. Przede wszystkim jednak na to, co mam, co chwilowo posiadam uważam dziś chyba nadmiarowo. Wiecie: zegarki w przegrókach, telefony w futerałach. 

Wczoraj natomiast odbyła się premiera smart gear watcha czegośtam firmy SAMSUNG. Ten mądry zegarek ma wbudowaną kamerę, aparat, łączy się z siecią i pewnie podaje statusy z fejsbuka, którego nadużywam... Miód! Zegarek, który podaje temparaturę powietrza. A, co najważniejsze!, podaje godzinę!

To oczywiście otwiera pole do wielu różnych dywagacji. A to o postępie, bo przecież za tzw. moich czasów szczytem był zegarek Montana z melodyjkami. Dlatego też Zaria była dla mnie rozczarowaniem, bo co to za szpan, kochani? Zegarek jak zegarek. Ani świeci, ani gra! A to o tym, czy rzeczywiście potrzebujemy tej całej elektroniki non stop. W telefonie, laptopie, komputerze, zegarku, mikserze a w końcu pod skórą. Czuję, że paradoksalnie idzie dobry czas dla mojej Zarii. Nareszcie. Starą mechaniczną DOXĘ już oddałem do naprawy. Obie panie nie są na czasie, ale nigdy się w takich "up to date" nie lubowałem.

wtorek, 03 września 2013

Naprawdę czuję się źle z tym, że nie mogę przekonać rządu iż nie oglądam telewizji. A szczególnie unikam oglądania telewizji publicznej oraz nie słucham publicznego radia. Rząd pokłada w tych mediach dużą nadzieję i wydają mu się one tak atrakcyjne, że nie przyjmuje moich argumentów do wiadomości. Dlatego zakłada, że nawet jeśli np. nie mam telewizora, to mam smartfon, na którym z pewnością delektuję się programem telewizyjnej jedynki. A kiedy słucham muzyki, to nie korzystam ze spotify w wersji płatnej, która daje mi możliwość układania list dostępnych offline. Nie. Ja wtedy nastawiam Lato z radiem i słucham, że na Bugu ubyło 6 a mamy stopień zasilania 9. 

To są oczywiście poważne sprawy. Dlatego od 2015 r. zostanie wdrożona tzw. "opłata wizualna". Nazwa jest wspaniała. Opłata wizualna. Od patrzenia w dowolny ekran. 10 zł miesięcznie. 

 

"Ministerstwo zauważa, że na rynku jest coraz więcej urządzeń umożliwiających odbiór programów telewizyjnych bez konieczności posiadania samego telewizora. Nie jest wykluczone, że ministerstwo będzie chciało obciążyć opłatą wizualną także te gospodarstwa domowe, które odbierają programy telewizyjne i radiowe na alternatywnych odbiornikach."

Więcej

13:30, tunder75
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32

"W wierszach Michała Kędzierskiego odnajdziemy i Merrilla, i Brodskiego, i Audena, z jednej strony - dążenie do kunsztownej formy i rozległe kulturowe skojarzenia, z drugiej - precyzję opisu i sięganie do codziennego doświadczenia..."

Jacek Dehnel

Tak, kiedyś się pisało wiersze :)