Kategorie: Wszystkie | Andrzej | wielkie semantyczne nadużycie
RSS
sobota, 07 listopada 2009
Wiadomo: samochód jest to narzędzie piekieł, w którym pewne jest tylko jedno. A mianowicie opakowanie po mc zestawie powiększonym, które od miesiąca jeździ na siedzeniu obok kierowcy (zawsze jakoś zapomni się wyrzucić). Reszta zaś działa w oparciu o diabelski pakt. Robert Johnson podobno sprzedał swoją duszę w zamian za umiejętność gry na gitarze. Niezliczone rzesze ludzi natomiast zaprzedały swoje w zamian za kawałek plastiku z napisem PRAWO JAZDY.

Jak w wielu przypadkach sprawdza się prawidło zwane syndromem helsińskim. Znienawidzona kupa blachy, która służy kierowcy za schronienie podczas postoju w korkach (czyt. przez 90% czasu tzw. jazdy) zyskuje naszą sympatię, potem przywiązujemy się do niej...

I ja jestem na dobrej drodze do podobnego stanu. Rozpocząłem kurs pod literką L. A com przeżył i co widział blog ten czasem wam opowie. Pozdrawiam
11:22, tunder75
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 października 2009
Gazeta Wyborcza tropiła, tropiła i wytropiła. Zwierzyną łowną stał się rynek usług edukacyjnych: ludzie nauki i dydaktycy, studenci, kandydaci a nawet media, w których szkoły wyższe reklamują się poszukując chętnych na prowadzone przez siebie studia. Odkrycie było wstrząsające. JEST ŹLE.

Do tego właśnie w moim przekonaniu sprowadza się cała wymowa akcji "Koniec Akademii". Do stwierdzenia, że jest źle. Co się okazuje: że naukowcy są skłonni pracować w uczelni, która na milę wygląda na firmę - krzak. Nie tylko zresztą naukowcy, ale i gwiazdy, politycy, których obecność w bazie danych kadr "akademii" miałaby podnosić jej prestiż i znaczenie. Widać także, że kandydaci dążą do zdobycia tytułu magistra w jak najszybszym tempie, bez sensu, ot, byle mieć. Bo kupić "papier" na bazarze to już dno. A tak? Wszystko jest legalnie, w końcu dwa lata człowiek się męczył patrząc w monitor (kształcenie głównie przez internet), oczu napsuł, a co na laptopa wydał! Hej, nie ma sprawy, zasłużone splendory, dyplomy...

Ale i media! Media! Przedstawiciele handlowi rzucili się na nową placówkę edukacyjną niczym gawiedź na promocji w Media Markt. Stworzyli oferty reklamowe, projekty kampanii bannerowych, albumów, wydawnictw, prezentacji - wszystkiego, czym zalewają działy PR dzień w dzień, 24 godziny na dobę przez maile, telefony, spotkania, lancze, jak się da. I jak się nie da, to tym bardziej.
Smutne.

Czy Waszym zdaniem ta akcja ma jakiś walor poznawczy? Czy jest OK? Czy uważacie, że to demagogia i humbug?

Żeby być uczciwym powiem Wam, co ja sądzę. Dla mnie, to jest dno dziennikarstwa. A może wystarczy samo "dno". A oto dlaczego tak uważam.

1. Uczelnie nie funkcjonują w jakiejś próżni. Są dokładnym odbiciem tego, jak działa wszystko inne, jaka jest mentalność ludzi, społeczeństw. Jeśli zatem urynkowiliśmy WSZYSTKO, jeśli humanistyczne studia np. są - i można to znaleźć w GW bez wysiłku - nic nie warte, bo przecież liczy się praca, konkret etc., dlaczego ludzie mają nie skorzystać z okazji? Słowem: czego się redakcja spodziewa? Że gdyby ogłosić, że od dziś można jechać po jednym piwie nikt by nie zareagował i nie walnął sobie na podróż "Tyskiego"?

2. Akcja GW zastępuje rzetelną debatę na temat szkolnictwa i kształcenia. Pomija cały aspekt pozytywny, a eksponuje patologie. W ten sposób wysiłek ludzi, którzy odwalają kawał doskonałej roboty, mają znaczące osiągnięcia zostaje przykryty kirem, utkanym z oszustw, plagiatów i bylejakości. A że nie wiadomo, jaki jest stosunek pozytyw / negatyw, pozostaje wierzyć - podkreślam WIERZYĆ - że złych cech i zjawisk jest więcej niż dobrych.

3. Agora sama prowadzi portale edukacyjne, wydaje dodatki, które są w istocie tylko i wyłącznie REKLAMĄ szkół i uczelni. Często wątpliwej konduity. I co? Nie przeszkadza? Jest szczytem hipokryzji czerpanie zysków z sytuacji, którą się piętnuje. A tak właśnie jest. I błagam, niech mi nikt nie mówi, że to misja, że powołanie, że zobowiązanie. Gazeta Wyborcza wydaje dodatek edukacja, prowadzi internetowe targi edukacyjne, przesyła stosy ofert reklamowych do szkół wyższych. Ma prawo. Ale potem te same uczelnie kopie już nie po kostkach, ale w piszczele i krzyczy: oszuści! Ot, Wyższa Szkoła Etyki im. Kalego.

Ogłośmy taką akcję: koniec dziennikarstwa. E, mało nośne. Może "Zmierzch dziennika"? Na początek proponuję tekst z łódzkiej GW: o akcji sprzątania Starego Cmentarza, którą organizuje Grupa Pewnych Osób. W tekście... ani słowa o organizatorach. Skrzętnie pominięto pomysłodawców i inicjatorów. Dobre? Pewnie, że dobre.

Ale wcale nie chciałem tak kończyć. Chciałem napisać, że "Zmierzch dziennika" to naprawdę nieźle brzmi. 
08:31, tunder75
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 października 2009

I proszę: mamy aferę. Okazało się niedawno, że ministrowie obecnego gabinetu są skłonni lobbować na rzecz takich rozwiązań prawnych, które są skrajnie niekorzystne dla tzw. skarbu państwa. Czyli właściwie kogo/czego? Chyba niestety dla nas wszystkich, wyłączając właścicieli kasyn i bud z automatami do gier hazardowych. Przy okazji: czy wy także macie wrażenie, że rozkwitły one niebywale w ostatnim czasie? Ach, te wielobarwne lampki, napisy "Las Vegas" lub "Casino Royale" połyskujące wśród blokowisk i wnoszące w naszą przaśną rzeczywistość powiew wielkomiejskiej bohemy...

Tak oto teza pana Zdzicha "wszyscy kradną" znajduje swoje potwierdzenie. I z piwnic niepamięci zaczynają wyłaniać się upiory minionych afer. Pan Piecha i jego medykamenty, żenująca polityczna korupcja wobec pani, której chyba przygasły kurwiki w oczach. A tłem tej retrospekcji niech będzie bałagan w TVP, PZPN, CBA (tutaj tak tropili korupcję, że wodzili ludzi na pokuszenie, co by miał kto, że tak powiem, komu w łapę dać. Wiadomo - murarz domy buduje, krawiec szyje ubrania ale gdzieżby to uszył, gdyby nie doszło do pewnego aresztowania?)

Jeżeli komuś nie przychodzi do głowy pytanie Sienkiewicza - ale nie tego maturalnego - "co ja robię tu?", to znaczy, że:

1. diler nie wciska mu byle czego2. mamy do czynienia z wcieleniem... optymizmu

Zdziwieni? A mnie dziwi zdziwienie tym, że ludzie, których uważamy za nic nie wartych okazali się śmiało i twórczo potwierdzać nasze przypuszczenia.

Na koniec jeszcze lista rzeczy najsmutniejszych:

1. najsmutniejsze, że mimo oczywistej winy schwytani niemal na gorącym uczynku bredzą o swojej niewinności

2. najsmutniejsze, że mogą być o niej na serio przekonani

3. najsmutniejsze, że afery dają hasło do ataku tym, którzy niedawno wywołali podobne

4. najsmutniejsze, że w świetle nic nie wartego prawa wszystko może okazać się legalne

5. najsmutniejsze, że non omnia licita honestum ale kto się uczy łaciny, panie?

6. najsmutniejsze, że ktoś tych ludzi wybiera

7. najsmutniejsze, że trudno już wybrać, co jest najsmutniejsze.

To się pośmiejmy lepiej.

Ha Ha Ha

08:50, tunder75
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 września 2009

Jestem zupełnie przekonany, że ogromna ilość dobrze rokujących przedsięwzięć mogłaby wypalić, gdyby była prowadzona i nadzorowana przez właściwe osoby. Inaczej: naprawdę rzadko odpowiedni człowiek znajduje się w odpowiednim miejscu lub na odpowiednim stanowisku. Na przykład wielu polskich aktorów ze swoją mimiką i gracją powinna być ozdobą muzeum figur woskowych, a jest - bardzo proszę - w telewizji. i to często. Legendarna koalicja Samoobrony, LPR i PiS przywiodła do Sejmu ludzi, których miejsce było... powiedzmy, że na Księżycu. Pan prezes Jarosław Kaczyński nie powinien być w opozycji, ponieważ jej rolą jest szkodzenie frakcji rządzącej. A tymczasem pan prezes jej pomaga, wygadując jakieś fajne rzeczy, co rusz ratując skórę Platformie Obywatelskiej.

Ostatnim hitem w moim prywatnym rankingu był tekst o osobistej odpowiedzialności Donalda Tuska za fiasko projektu tarczy antyrakietowej. Rzekomo nieudolność premiera sprawiła, że Barack Obama, który od początku kwestionował sens owej tarczy, podjął wreszcie decyzję i zaniechaniu jej budowy. Najgorsze, że próbował się do Tuska dodzwonić w tej sprawie ale nie zdołał. Zaprawdę wielkim mówcą musiałby być pan Tusk, aby wzruszyć prezydenta USA poprzez światłowody! I to po angielskiemu! Jakiż to Cyceron odmieniłby losy nieszczęsnej bazy i wyrzutni. Chyba tylko... ale o tym później. Bo, czytelniku, ja wiem, kto by podołał. Ale nie powiem.

Pan prezes naraził Polskę na działania odwetowe ze strony Czechów. Tak jest. Skoro bowiem tarczę położył Tusk, a jedna z jej części miała znajdować się u naszych sąsiadów z południa, premier Rzeczypospolitej Polskiej załatwił strategiczne partnerstwo USA-Czechy i to właściwie dlatego, że nie odebrał jednego telefonu. Nic dziwnego, że za naszą granicą trwa właśnie mobilizacja i chyba musimy gotować się na najgorsze. A lato jest tak piękne tego roku...

I tu zdradzam zagadkę. Jedyną osobą na świecie zdolną wybrnąć z impasu wywołanego decyzją USA... przepraszam, wywołanego przez Donalda Tuska, jest: szef PZPN Grzegorz Lato.

Powód? Wystarczy prześledzić pobieżnie losy polskiej reprezentacji, tzw. ekstraklasy i kolejnych lig, afery korupcyjnej aby dojść do wniosku, że człowiek zdolny zarządzać takim burd... bałaganem chciałem rzec, jest w stanie zapanować nawet nad Oceanem Indyjskim w czas huraganu. I my ten skarb chowamy pod korcem, zamiast szybko wykorzystać niebywałe atuty pana Lato.

Poza tym wszyscy widzieli, że nasz prezes PZPN nie kuca przed byle zagranicznym patałachem i śmiało wygrania w telewizji co myśli albo co pomyśli zaraz po tym, jak coś powie. Słowem w telefonicznej konfrontacji z prezydentem USA ten ostatni miałby takie szanse, jak reprezentacja Polski z drużyną narodową Brazylii.

Nie gaśmy ducha! Tarcza jest wciąż osiągalna. Byle tylko właściwy człowiek zrobił co trzeba! Do dzieła!

13:45, tunder75
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 września 2009
Pamiątka z Bydgoszczy:

P9103181

Kiedy pan Rejewski niestrudzenie łamie kod Enigmy, niemiecki szpieg w przebraniu gołębia zbliża się cichaczem...

P9103180

Facet "tańczy na krawędzi liny"...

P9103192

Można się właściwie pomodlić, co by nie rąbnął do wody.

P9103187

Tymczasem "Smakosz V" ma się dziać w Polsce. Grupa turystów powracających krajówką do domów postanawia zjeść objad w zajeździe. Wybierają akurat ten, w którym... i tak dalej...

P9113219
21:27, tunder75
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 września 2009

Łukasz Biskupski zwrócił mi uwagę, że porównując podupadającą Piotrkowską z kwitnącą Manufakturą (http://www.students.pl/spolecznosc/blog/post/28931/Do-widzenia-legendo) posunąłem się za daleko. Postulowałem, choć nie wprost, aby przestrzeń publiczną, która z definicji nie poddaje się łatwej kontroli, zastąpić przestrzenią regulowaną i właśnie kontrolowaną. Łukasz obok tego, że jest człowiekiem rozsądnym jest także taktowny na tyle, aby nie dopisać, dokąd prowadzi mój wywód. A jest to miejsce bardzi nieciekawe - jest to mianowicie kraina orwellowska.

Jeśli bowiem w imię ładu i bezpieczeństwa sprzedamy skrawki wolności po kolei: ulice, dworce, tramwaje i podwórka temu, kto nam zapewni święty spokój, gdzie się obudzimy? W świecie od - do, cudzym i może wygodnym aż nadto. Czyli nagadałem bzdur. Tłumaczy mnie może to, że podczas jednego spaceru Pietryną dwa razy musiałem opędzać się od natarczywych i agresywnych indywiduów.

Niedawno w Gazecie Wyborczej padły celne pytania w dyskusji o losie Piotrkowskiej. Czy aby część osób z chóru opłakującego jej marny los sama nie przyłożyła ręki do jej upadku? Restauratorzy postawili na pewnien typ klienteli serwując jak najtańsze chrzczone piwo z kegi. Ktoś nastawiał na dziko tych szkaradnych reklam, posłał legiony ulotkarzy z przerobionym na papier Borem Tucholskim w torbach, plecakach, skrzyniach. Kto z tych, którzy z łatwością wskazują magistrat jako grabarza legendarnej ulicy sam zrobił cokolwiek, żeby kasandryczne przepowiednie jej kresu się ziściły?

Może oba postulaty - mój i powyższy - mają wspólny mianownik. Wyciągnąć rękę, aby ktoś nam coś dał jest bez porównania łatwiej, niż wyciągnięcie jej, aby chwycić narzędzie i zrobić COŚ. Ile byśmy oddali, aby tylko ktoś obiecał, że czystość, spokój i bezpieczeństwo weźmie na siebie?

Nie jesteśmy cudotwórcami, ale czasem nie trzeba cudów, wystarczy chcieć. A najpierw trzeba chcieć chcieć. A potem?

Co sądzicie?

21:00, tunder75
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 września 2009

Było poważnie i serio ale nie jestem aż tak niesympatyczny, aby zostawiać swoich czytelników w podobnych klimatach na wekeend. To po prostu nie wypada. Pomyślałem sobie, że podsunę króki i lekki post, zahaczający jednak o tematykę kobieta&facet.

W krainie TV straszy ostatnio reklama szamponu do włosów Head&Shoulders. Jej fabuła jest prosta jak wynik mnożenia przez 1.

On - w trakcie porannej(?) toalety. Ona - wkracza na nasze ekrany mokra, spłoszona a w rękach trzyma... zderzak samochodowy. On - po chwili orientuje się, że ta część auta znajduje się zupełnie w innym miejscu, niż zakaładała myśl techniczna i pyta: gdzie jest mój samochód!?

- W jeziorze - odpowiada ona ale zaraz inteligentnie dodaje - ale za to jest czysty...

On - w stanie wzburzenia i irytacji zamyka się w kabinie prysznicowej i... usmiecha do szamponu. Nigdy tego nie robiłem ale to nic nie znaczy. Nie byłem także sternikiem dalekomorskim a inni - bardzo proszę! Poza tym jeśli ludzi śmieszą gagi z nowych polskich komedii, mogą się pośmiać z czegoś porównywalnego a nawet chyba zabawniejszego. Jak właśnie szampon.

Potem On wychodzi. Już uspokojony dzięki temu, że znalazł nowego przyjaciela no i umył głowę.Zatem wszytsko gra, jest cool. A co dalej, to już każdy sobie dopowiada jak mu pasuje.

A ja mam dwa pytania:

1. czemu na widok kobiety, która niedawno przeżyła jakiś wypadek - czego domyślić się powinien nawet gość kolegujący się z kosmetykiem - on nie tylko nie pyta, czy wszytsko gra, ale właściwie... daje dyla do łazienki?

2. Kiedy on wychodzi pod koniec reklamy ma suche włosy. A jej włosy nawet nie obeschły. No i ile czasu on tam siedział właściwie, pozwalając jej ściskać ten zderzak?

I proszę. Ona - kierowca od siedmiu boleści. On - właściwie troglodyta. A szampon?

Na szczęście działa. I to jak!

09:34, tunder75
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 września 2009

Pewnego sierpniowego dnia wybraliśmy się rodzinnie do Centrum Handlowo-Rozrywkowego Manufaktura. Obiekt jest wystarczająco znany, a GOOGLE tak sprawne, że ośmielę się podarować sobie opis czym jest i do jakiej rangi w swojej kategorii wspomniane centrum aspiruje.

Jedno z licznych praw tundera mówi: do twojego stolika kelner zawsze dotrze na samym końcu. Tak było i we włoskiej restauracji, gdzie w towarzystwie żony i synka zasiedliśmy aby zjeść obiad. Sprawdzająz zatem poprawność powyższej reguły, zabrałem coraz bardziej zniecierpliwionego Andrzejka na krótki spacer po rynku tłumnej i gościnnej Manufy.

Kolejna tunderowa maksyma powiada: spacer z rozczulającym i ślicznym maluchem owocuje tysiącem nowych znajomości. Każdy, poza ziomem z miną "życie na ulicy, człowieku! ja to znam!" lub Bogusławem Lindą w niezapomnianym emploi "Co ty kurw... wiesz o zabijaniu", zatrzyma się, pogawędzi i porobi miny. Niestety tak. Mniejsza, za kogo te dzieciaki nas mają. Grunt, że i ta prawda znalazła błyskawicznie swoje potwierdzenie.

Otóż siedliśmy sobie na ławce u fontanny, kiedy pan w zielonym kombinezonie, z równo przystrzyżonym wąsem oraz ze szczotką i szufelką na dłuższych kijkach zbliżył się do nas i promiennie uśmiechnął.

Powszechnie wiadomo - m.in. z książki "1000 prawd tundera" - że jeżeli w Polsce ktoś nieznajomy uśmiecha się do was, zaraz wyciągnie nie wiadomo skąd jakiś bubel i zacznie go wam sprzedawać z uporem godnym króla Jagiełły wyczekującego Krzyżaków na wzgórzu pod Grunwaldem. Tym razem jednak było inaczej. Sympatyczny pan po prostu sprzątał, kiedy zauważył Andrzejka zachwyconego słupkami wody wyrzucanymi przez fonatnnę. Podszedł zatem i zagadał do nas ot tak, kurtuazyjnie.

Podjąłem rozmowę po części dlatego, że na studiach sam pracowałem jako dozorca i sprząacz, po części zaś, ponieważ był naprawdę miły.

- dużo roboty - powiedziałem zatem wykonując gest obejmujący rozległy rynek Manufaktury. Wiem także - z książki "Świat tundera w 200 aforyzmach" - że najłatwiej zdobyć zaufanie fachowca wyrażając zachwyt dla jego profesji (uwaga! nie dotyczy tajnych agentów różnych służb).

- nie... - zaskoczył mnie ponownie - jest nas tu dwóch i cały czas pracujemy. A widzi pan? - zapytał, wskazując na służbowy strój. - musi czysty być, porządny. No i jak kto nie ogolony przyjdzie to... do domu wraca. I tyle.

Rygory Manufaktury znałem wcześniej. Realizowałem na jej terenie ekspozycje swojej uczelni. Na poprzedzających imprezy spotkaniach do znudzenia wypytywano: czy nasze namioty i systemy wystawiennicze są czyste, ładne, czy jeśli naśmiecimy to czy posprzątamy. I tak dalej. A teraz rozejrzałem się wkoło. Mnóstwo ludzi, dyskretna ale widocznie obecna ochrona, czystość. Czystość i poczucie bezpieczeństwa.

Pożegnaliśmy miłego pana i ruszyliśmy do stolika, gdzie moja lepsza połowa zabierała się już za drugie danie. Bowiem, jako rzecze tunder, ostatni będą pierwszymi, co jedzą zimne potrawy. No i kto zaprzeczy? Clarkson?

* * *

Po wielu latach notowania ważnych rzeczy byle jak i byle czym poszedłem po rozum do głowy i zakupiłem porządny notes. Taki, o którym chce się pamiętać. Niestety, znam niewiele miejsc, gdzie można takie kupić. Zatem przy okazji wizyty w centrum miasta skręciłem na Piotrkowską.

Ta słynna ulica aspiruje do miana wizytówki Łodzi. Widnieje w folderach jako jedna z lokalnych atrakcji. W dobie PRL i nawet w latach 90' jej witryny były jak okna z widokiem na inny świat, do którego tymczasową wizę mieli nieliczni, a stały pobyt był marzeniem i snem tysięcy mieszkaców. Z biegeiem czasu jej renoma topniała. Mimo remontów elewacji, stawiania pomników i prób reanimacji przez władze, stowarzyszenia, osoby Pietryna spadła daleko poza pierwszą 5 miejsc, które wspomnisz z czułością.

Pierwsze co mnie uderzyło, to wszechobecni rozdawacze ulotek. Jedni z obojętnym i nieobecnym spojrzeniem, inni natarczywi - naliczyłem ich tylu, że z papieru w ich rękach i torbach zdołałbym ułożyć origami wielkości Giewontu. Spora ilość tego śmiecia wypełniała kosze i zaściełała chodniki, fruwała swobodnie na wietrze. Część - zmiętoszona lub złożona - lądowała w gościnnych kieszeniach przechodniów, aby się odnaleźć przy kolejnym praniu ciuchów wiosenno-letnich w przyszłym roku.

Ten problem to jednak nic, w porównianiu do plagi typów, którym "zabrakło na winko", "mają mała sprawę", "a pozwól na słowo". W ciągu 10 minut marszu zaczepiło mnie dwóch asów, wytrwale poszukujących metali - głównie w postaci monet i głównie w mojej kieszeni. Szczęśliwie udało mi się ujść, zmylić pogoń i dotrzeć do celu.

Po to, abym się przekonał, że sklep z moimi notesami zniknął a w jego miejscu znajduje się jeden z 10000 banków. Ku chwale czegośtam.

"Poradnik tundera na smutne dni" powiada: rozczarowanie to negatyw nadziei. Zawód tych, co próbowali reaktywować Pietrynę musi być ogromny. Rozejrzałem się wokoło. Pobliska brama straszyła odrapanymi ścianami i cuchnęła jak toaleta na dworcu PKP. Nie było ani czysto a ja nie czułem się bezpiecznie. Jakiś grajek szykował się do swojego koncertu. Wyciągnął gitarę Defil, rozłożył pokrowiec i wrzucił nań parę groszy. Wiadomo, nikt nie lubi być pierwszy. "Przeżyyyyj to sam..." zawył.

Ucieszyłem się, bo jak mawia tunder, nie ma to jak piosenka! La la la la la laTyle zostaje na koniec. Nic, znaczy się. I dotyczy to także legend a może zwłaszcza ich.

08:31, tunder75
Link Komentarze (2) »
sobota, 29 sierpnia 2009

1. Dramat osób zaginionych, dramat tych, co znaleźli się w orbicie nieszczęścia, którego centrum stanowi los zaginionego człowieka, są to rzeczy nie do opisania. Pozostaje chyba jak najbardziej oszczędna forma, relacja, wypowiedź. Każdy zabieg zabrzmi jak fałszywy ton. Jak kłamstwo.

2. Przerażające, że dramatu nie poprzedzają przeczucia. Że najczęściej nie dostrzegamy sygnałów, które go zwiastują. Tak, też ich nie zauważymy. Zbierzemy je pieczołowicie już po fakcie ze swoich wspomnień i cudzej pamięci. Obraz tego, jak było a nie tego, jak sądziliśmy, że jest.

3. Nie umiałem dziś postawić się w sytuacji tego, który zrozumiał, że więź z Innym trwa, ale zamiast Niego jest tylko niepewność, tragiczna tajemnica. Siła empatii nie jest w stanie kruszyć murów, które nie są zbudowane z cegieł, ale z lęku.

4. Przed tym, że przecież

.

12:53, tunder75
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 sierpnia 2009

Prezydent Łodzi, pan Jerzy Kropiwnicki, dołożył wielu starań, aby jego wizerunek, a zatem w jakiś sposób i wizerunek miasta, którym zarządza, był nieciekawy. Podejmował też wysiłki odwrotne ale dziwnym trafem i one zamiast pomagać w budowaniu pozytywnego PR obracały się w niwecz. Można powiedzieć, że nad panem prezydentem zawisła klątwa politycznego i społecznego króla Midasa.

Rzecz w tym, że nawet dobre koncerty można położyć w ostatnich 5 minutach ich trwania. Przed pierwszym poważnym egzaminem mój nauczyciel poradził mi, abym po wylosowaniu pytań ułożył je sobie w kolejności: umiem średnio, nic prawie nie wiem, umiem doskonale. W ten sposób ostatnie wrażenie zostawi w pamięci miły obraz zdającego, tuszując mankamenty pierwszych dwóch.

Ta złota i prosta zasada nie działa jednak za grosz, gdy idzie o nasz temat. Weźmy taki przykład. Na Placu Dąbrowskiego, który przez długie lata był skrzyżowaniem dworca autobusowego z dzikim parkingiem, postawiono fontannę. Jej forma jest ciekawa, dobrze koresponduje z gmachem Teatru Wielkiego, który znajduje się nieopodal. Fontanna jest podświetlana, strugom wody towarzyszą muzyczne podkłady. Niby nie Bazylea ale mimo wszystko: brawo służby miejskie!

Ale, ale! Od czego jest ostatni akord! Szybko zauważono, że część fontanny, w formie załamującej się fali, idealnie pasuje fanom desko - i tylko - rolek oraz śmiesznych na ziemi a niezwykle widowiskowych w locie rowerków BMX. Wypadek wisiał (dosłownie!) w powietrzu.

Władza ze swych wyżyn szybko dostrzegła zagrożenie i ruszyła na pomoc. Pan prezydent ogłosił mianowicie, że jeśli komuś coś się w fontannie stanie, odpowiedzialni za to będą... Strażnicy Miejscy. Ci jak wiadomo są od tego, aby podobne obiekty nie mordowały Łodzian, których i bez tego ubywa.

Fontannę ogrodzono barierkami, strażnicy zaciągnęli całodobową wartę. W ten sposób Łódź nie wywalczy może tytułu Europejskiej Stolicy Kultury, ale może zdobyć miano Najbezpieczniejszego Europejskiego Miasta w kategorii „Utonięcia w fontannach”.

Od czasu sławetnego incydentu z czapką, lub raczej z brakiem czapki, który miał miejsce przy innej fontannie (to chyba omen!) wiadomo, że relacje pana prezydenta ze Strażą Miejską nie są najlepsze. Stąd pewnie przykre wrażenie, że obarczenie odpowiedzialnością za ekscesy przy nowej fontannie właśnie funkcjonariuszy SM wynika z osobistych i raczej niskich pobudek. Że jest, mówiąc wprost, odwetem. Dlatego strażnik ma rozkaz fontannę utrzymać albo na dnie z honorem lec, nie ma natomiast obowiązku pilnowania przez całą dobę, czy np. nikt nie skacze na bungee z pomnika Tadeusza Kościuszki.

Być może jednak nie jest to wcale ostatni akord naszego koncertu a jedynie koniec uwertury. I miejmy nadzieję, że reszta utworu będzie jednak poważniejsza, godna rangi wykonawców.

08:56, tunder75
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24
| < Listopad 2009 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            

"W wierszach Michała Kędzierskiego odnajdziemy i Merrilla, i Brodskiego, i Audena, z jednej strony - dążenie do kunsztownej formy i rozległe kulturowe skojarzenia, z drugiej - precyzję opisu i sięganie do codziennego doświadczenia..."

Jacek Dehnel

strona z poezją