Kategorie: Wszystkie | Andrzej | wielkie semantyczne nadużycie
RSS
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Piosenka szła tak: kiedy jest się dzieckiem, choroba - taka zwykła, żadne dramaty - zaczyna się fatalnie ale objawy prędko ustępują. I jest się chorym, co umożliwia pozostanie w domu i wyłącznie z przykrych obowiązków głównie w postaci przymusów szkolnych. I zdrowym się jest, bo się po dniu, dwóch czuje doskonale. Choro-zdrowe dziecko to jest mili Państwo to. Jeśli istnieje raj i jakiś cud nad cudy sprawi, że do niego trafię, mój jego fragmencik to będzie mieszkanie rodziców (takie, jak je pamiętam sprzed dwudziestu trzech, czterech lat) i ja - w piżamie, regulaminowo. Oglądam domowe przedszkole ale czekam na przybyszów z MatPlanety - Sigmę i Pi. Obok zimna już herbata, książki o Sherlocku Holmesie, seria pięknych opowiadań z Doliny Muminków, może coś McLeana. Z kuchni dobiegają odgłosy krzątaniny. To mój tata. Zmywa, sprząta, układa i gotuje obiad. Pewnie około 13 wyjdzie do pracy na drugą zmianę. Ale może w raju nie ma jego Anilany i nigdzie nie pójdzie? Chyba, że lubił albo ta rajska Anilana to nie jest kombinat, który odbiera zdrowie i w końcu życie tym, którzy za często i na zbyt długo wkraczali za bramy z napisami "Pokój, praca, socjalizm".
W każdym razie wolny czas rozciąga się przede mną jak łagodne, ciepłe morze. Zwolnienie jest w połowie, więc niezbyt szybko dotrzemy do kamienistej plaży codziennych codzienności. Jeszcze tyle kołysania i spokojnego szumu... właśnie. Nie ma pośpiechu.

W "Pamiętnikach tatusia Muminka" miałem dwie ulubione postaci. Sam tatuś był zbyt egzaltowany i trudno mi było się z nim zaprzyjaźnić. Ale Fredriksson - konstruktor i wynalazca oraz Jok - wcielenie niezależności i lenistwa, to były, że tak powiem, spoko ziomy. I ja chciałem być i jednym i drugim. Nie wiedząc, że albo ambicje Fredrikssona wykończą naturę Joka, pchając do czynu, działania i akcji, albo brak ambicji, brak jakiejkolwiek potrzeby udowadniania komukolwiek, wliczając siebie samego, czegokolwiek zaduszą ciekawość świata i żądzę poznania skutecznie niczym wąż boa. I z jego gracją.

Lata płyną i dziś znacznie lepiej rozumiem tatusia Muminka. W kwestiach technicznych pozostałem na swoim poziomie z opisywanego okresu, czyli w skali "inżynier-amator" mam 12 lat. Mimo wielu praktyk zen nie udało mi się pozbyć natrętnej potrzeby potwierdzania swojej wartości, co rodzi nie tylko dobre skutki, pchając do ryzykownych czasem działań. Szczęśliwie nadal potrafię chcieć dwóch wykluczających się spraw.

Bo chciałbym być i tym dzieckiem i tym dorosłym, który na nie patrzy jakby z wysokości. I wie, co będzie, jak będzie, kiedy ten darowany przez zapalenie oskrzeli i zwolnienie lekarskie czas się skończy na zawsze. I kiedy mój tata ostatecznie zakończy prace domowe, pożegna mnie i usłyszę, jak w zamku obraca się klucz, zamykając drzwi do mojego dawnego domu. 
21:49, tunder75
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 kwietnia 2010
http://punktdlalodzi.pl/zgloszenia.html - ogromnie się wzruszyłem.
Anonimowy zgłaszający! Bardzo, bardzo dziękujemy!


20:35, tunder75
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 kwietnia 2010
Co nam każe wierzyć,  że dramat i katastrofa są w stanie dokonać przemiany i przełomu? Że śmierć wybitnych, wybitnego, która chwilowo wytrąca życie zbiorowości z koryta (w obu często znaczeniach) i rozlewa szeroko po placach, alejach, w końcu cmentarzach, odmieni nie tylko oblicze ziemi, ale nada nowy sens i ulepszy?

Naiwność jest doskonałym towarzyszem podróży. Przygłupim co prawda, dziecinnym, ale zwykle mówi to, co chcemy usłyszeć a to bardzo przyjemne. Kiedy się okazuje, że to wszystko nieprawda, nie mamy jak się na naszego kompana gniewać. No bo jak tu się gniewać na dziecko? Poza tym z góry wiadomo, że nie warto, nie ma po co słuchać tych bredni. A jednak słuchamy i słuchać będziemy.

Wczoraj przeczytałem tekst prof. Krasnodębskiego "Już nie przeszkadza". Odebrałem go z solidnym zażenowaniem. Co do wielu tez autora pełna zgoda. A jednak to "ja", "ja", "ja"... "ja wiedziałem, że to był najlepszy prezydent od 89 roku", "ponieważ go wspieraliśmy obrzucano nas obelgami! A teraz co? HA!" I najgorsze: odbieranie prawa do żałoby i przeżywania dramatu narodowego tym, którzy z Panem Prezydentem nie sympatyzowali albo wręcz go zwalczali. Wywalanie ich z konduktu, piętnowanie. Jakby fakt, że dziś nikomu nie przychodzi do głowy atak na tragicznie zmarłego oznaczał tyle, że stanęliśmy wszyscy po tej samej stronie politycznego Rubikonu. Ale to nieprawda. Stoimy, chwilowo, [eee, może na dłużej?] po tej samej stronie ludzkiej natury, która czyni nas wrażliwymi nawet na dramat naszych oponentów. Kto w prawie mówić komukolwiek, że podział polityczny jest ważniejszy? Żeby ten, ten i ten też wynosili się na drugi brzeg grząski od cholernej polityki?

I jeszcze katastrofalny przykład grafomanii:

"Mediom"
 
Prawdę mając na ustach, a kłamstwo w kieszeni,
będąc zgodni ze stadem, z rozumem w konflikcie,
dzisiaj lekko pobledli i trochę stropieni,
jeśli chcecie coś zrobić, to przynajmniej milczcie!
 
Nie potrzeba łez waszych , komplementów spóźnionych
Waszej czerni, powagi, szkoda słów, nie ma co,
dzisiaj chcemy zapomnieć wszystkie wasze androny
wasze żarty i kpiny, wylewane przez szkło.
 
Bo pamięta poeta, zapamięta też naród
wasze jady sączone, bez ustanku dzien w dzień.
Bez szacunku dla funkcji, dla symbolu, sztandaru...
Karlejecie pętaki, rośnie zaś Jego cień!
 
Od Okęcia przez centrum, tętnicami Warszawy.
Alejami, Miodową i Krakowskim Przedmieściem
jedzie kondukt żałobny, taki skromny choć krwawy.
A kraj czuje - prezydent znowu jest w swoim mieście
 
Jego wielkość doceni lud w mądrości zbiorowej.
Nie potrzeba milczenia mącić fałszu mdłą nutą
Na kolana łajdaki, sypać popiół na głowę
Dziś możecie Go uczcić tylko wstydu minutą!"
 
Marcin Wolski


I znów: przeciwko komuś. W czyim imieniu? Jakim prawem? Ze wszystkiego można wykuć pałkę. Nie sądziłem jednak, że zdołacie to Panowie zrobić tak szybko. [dobrze powiedziane, ja też nie sądziłam].

Ani tytuł profesora, ani mistrzowskie opanowanie rymu częstochowskiego nie dają ani mandatu, ani prawa do tego, żeby ludzi wypychać z tłumu żałobników. Ani żadne zasługi, ani to, żeście mieli, lub nie mieli racji w swoich politycznych i nie tylko sympatiach. Ta małostkowość szkodzi nie tylko Wam.

[ooo, znowu na głupią wyszłam... no ale nie możesz się na mnie gniewać przecież... jak się gniewać na dziecko?]

08:40, tunder75
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 kwietnia 2010
Pan Lech Kaczyński był prezydentem Polski. I do niego, i do mojego kraju miałem rozmaite zastrzeżenia. A że nie ja jeden, o tym świadczy choćby pobieżny przegląd prasy choćby z poprzedzających dramatyczną sobotę 10.04.10 dni. Dziś trudno w to uwierzyć, prawda? Dziś Pan Prezydent widziany przez media to ciepły, życzliwy człowiek. Przebiły się nareszcie inne kolory do tej palety szarości, z jakiej dotąd kreślono jego wizerunek. Jakby w Photoshopie zmieniono tryb barwny i grayscale zastąpiono pełnym CMYK. A nawet retuszowano tu i ówdzie.

Wobec takiej tragedii wszelkie moje pretensje rzecz jasna zblakły i sam inaczej napisać nie potrafię, jak z wielkiej litery; przez szacunek, z obawy, ze strachu, jaki budzą dramaty, których rozmiar nie mieści się w głowie. Dziś te wszystkie uszczypliwości, niechęci zdają się malutkie, jakby w ogromnym cieniu katastrofy one z kolei traciły swoje barwy i szarzały, szarzały...

Ten ludzki dramat spycha w moim odczuciu na bok aspekt polityczny. A może pokazuje jego właściwe proporcje? Nic bardziej jałowego od "memento mori" - bo co? Masz swoje życie podporządkować myśli o jego końcu? Nieuchronności i niewiadomej? Nie, wrócimy na dawny tor i kibice bić się będą, politykierzy łgać, dziennikarze pleść i bawić nas do rozpuku. Będziemy śmiecić, parkować na trawnikach. Małość powróci, zawsze wraca.

A co zostanie?

Marzę o jednym. Aby ta katastrofa nigdy nie została bezceremonialnie wykorzystania w jakiś niski, niedobry sposób. Aby nikt nie śmiał powoływać się na nią, szermować nazwiskami jej ofiar. Marzę, żeby pamięć o niej została uszanowana przez wszystkich. I aby jej ogrom tej pamięci był taki, że wartki i szeroki nurt małości nie porwał jej ze sobą, nie zalał, nie zniszczył.
12:54, tunder75
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 kwietnia 2010
Co to za zagadka: towarzyszy ludzkości od zawsze, dotknięte nią osoby biegają w kółko a bez sensu i nie są w stanie myśleć racjonalnie? Nie, to nie wysypka w intymnych rewirach człowieczego ciała. To panika.

Ach, babcia panika. Ile razy ratowała z opresji nader pewnych siebie osobników. Pewnie tyle, ilu przywiodła do zguby. W każdym razie znamy ją na wylot i każdego dotknęła swoim odmóżdżającym czarem.

Dramat zaczyna się wtedy, gdy w jakiejś zbiorowości znajdzie się ambasador paniki. Amator paniki. Jakiś fan delirycznego stanu, który jest gotów rzucić się do ucieczki w sytuacji, kiedy współtowarzysze nie załapali nawet, że coś im zagraża. Często zresztą nie załapują tego, ponieważ nie zagraża im absolutnie nic, lub jest to zagrożenie równe ryzyku zostania pożartym przez zmutowanego ślimaka - ludojada.

Znacie, znacie takie osoby. Zwykle sytuacja wygląda następująco: siedzicie sobie w pracy, pochłonięci zadaniami. W tle gra radio ale kto by tam słuchał. Ot, umilacz, polepszacz nastroju... Drzwi otwierają się z hukiem, wpada Pani/karz (lub Pan/karz) i, nie wyjaśniając powodu dramatycznego najścia, zaczyna
a) krążyć po pokoju
b) siada ciężko na krześle i zaczyna wachlować się umową, która oczekiwała na brzegu biurka na podpisanie 
c) zaczyna pleść jakieś bzdury, z których od początku niewiele rozumiecie. Albo nic.

Aaaale! Sygnał do was dociera. MUSI BYĆ BARDZO ŹLE. COŚ musiało się wydarzyć. Dramat. Zagrożenie. Chcecie czy nie, denerwujecie się razem z panikarzem. Wpadacie w sieci, zaczynacie się szamotać. Bo widział kto, aby osoba w pułapce spokojnie czekała na przysłowiowy rozwój wypadków? Na co? Aż pułapka się sama rozleci? Sieć zwątleje i się rozpadnie? A zatem, w wyimaginowanym potrzasku, w nieistniejących wnykach, wespół w zespół.

A potem dociera do was prosta prawda. Przez jazgot, radio, które nagle zaczynacie słyszeć, szum w głowach dociera pytanie: ale przecież o co chodzi? O CO CHODZI?

O nic.

I zostaje złość. Ale czasem śmiech. Oby śmiech częściej.
06:31, tunder75
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 lutego 2010

Podtytuł: a zwłaszcza on-line

Kto nie marzy o własnych czterech kółkach, ten nie jeździ łódzkim MPK w czasie srogiej, jak tegoroczna, zimy. Zatem osobnik ten nie zna życia. Jeśli posiada się upragnione prawo jazdy, prędzej czy później zacznie człowiek szperać wśród ofert sprzedaży aut. If I were a rich man, yaba daba dibi..., to bym ci ja, yabi dibi da, do salonu samochodowego poszedł. A że bliżej mi majątkowo do Reb Tevie'go niż barona Rotschild, w grę wchodzą dość leciwe auta używane. Od czego jednak jest internet! moto gratka, oto moto, pewne używane - lista jest długa, bazy danych pełne anonsów. Eldorado?

Nie bardzo. Załóżmy, że nasz Nabywca nie zna się na motoryzacji ni w ząb. Gdyby siedział za kierownicą słynnego autobusu z filmu Speed, film ten trwałby 2 minuty i był etiudą z łódzkiej filmówki, obrazującą triumf materii nad duchem. Po prostu, krzyżując plany szantażysty, nasz zawodnik rozbiłby się na drzewie.

Nie ma też nasz Nabywca taty - mechanika. Brata, co karoserie łata... Sam jest jak cymbał grzmiący. I oto musi się przedrzeć przez las ogłoszeń, reklam, anonsów... A w lesie tym rządzą dzikie prawa przyrody. Jeśli nie wiesz jak przetrwać - zjedzą cię na surowo. Mając już niejaką orientację, ku przestrodze postanowiłem stworzyć króciutki słowniczek pojęć motoryzacyjnych dla Nabywców - amatorów. Oto pierwsze z haseł:

1. auto bezwypadkowe, garażowane: samochód, w którym zderzenie czołowe lub/i dachowanie zostało zamaskowane z precyzją Wita Stwosza. Bez miernika lakieru (patrz: miernik) nawet blacharz, który wykonał tę imponującą robotę mógłby kupić rzeczony pojazd jako auto bezwypadkowe w świetnym stanie technicznym (patrz: auto w świetnym stanie technicznym! polecam!)

2. auto w świetnym stanie technicznym! polecam!: samochód, w którym jedyne co działa poprawnie to drzewko zapachowe z napisem Wunder Baum

3. stan licznika lub mały przebieg: sytuacja, w której rzeczywisty stan licznika cofnięto tuż za szlabanem z godłem Rzeczypospolitej Polskiej

4. stan licznika lub BARDZO mały przebieg: sytuacja, w której rzeczywisty stan licznika najpierw cofnięto za szlabanem z godłem Rzeczypospolitej Polskiej, a następnie za nim, ponownie

5. zapewniamy wyjazd na kołach: samochód powinien dojechać do bramy auto-komisu. Później odholuje go pomoc drogowa.

i ten słownik puchnie z dnia na dzień...Co za życie, po co mi to było.:D

21:26, tunder75
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 lutego 2010

Odpalać nakazano.

Przekręciłem więc kluczyk i spojrzałem przez szybę.
Sprzęgło nisko brało.

Egzaminator stał z boku paląc papierosa,

Wiedziałem jednak, że sprytnie spogląda z ukosa,

czy aby na pewno światła, pasy i zagłówek.

Niejeden poległ sromotnie a i parę stówek

przepuścił nawet nie drgnąwszy w taki sposób właśnie.

Zatem w gaz, na dół ręczny... a samochód gaśnie.

*

Lecz co widzę! Na górce - Reducie Ordona,

Ostatni manewruje. Bitwa nie skończona!

Koła buksują, wóz nie drgnie ale znać od razu,

że nasz adept motoryzacji nogę ma do gazu

ciężką. Ryk silnika narasta złowrogi,

Jakby nalot, koma 3, idzie! Boże, w nogi!


Gdzie jedziesz! Nie w tę stronę! Nie na dół! Wszak szczyty

zdobywa się wchodząc na nie, nie schodząc! Jak wryty

obserwuję, że auto stacza się powoli.

Padł ostatni jak sam Sowiński wśród okopów Woli...

*

Ze spuszczoną głową, powoli

idzie kursant. Już go noga boli

od dociskana sprzęgła i gazu do dechy.

Teraz, kiedy na trzeźwo dostrzega swe grzechy

zdaje mu się to głupie jak but. Nie ujechał

nawet 3 centymetrów? Aż takiego pecha

ma, że chciał ruszyć z piątki? Musi to być sprawa

sił magicznych, ja wiem, jakieś voodoo tutaj działa...


Sauron w swej wieży to był jednak miły facet,

gdyby ten jego Mordor cały porównywać z placem

manewrowym a misję Frodo z egzaminem,

które Wam się wydaje znaczniejszym wyczynem?

Orki? Panie! Spróbuj Pan tak na rękawie

pojechać płynnie, potem górkę Pan zrób! I po sprawie.

Gdyby dawali prawo jazdy za to właśnie,

że pokonasz zło, co wypełnia tolkienowskie baśnie,

To, poważnie kochani daję głowę,

że zdawalność wzrosłaby coś o połowę.

Dziś podejście numer dwa :) Wish me luck...

06:23, tunder75
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 stycznia 2010
Sprawa była znacznie łatwiejsza, niż by to wynikało z niezliczonych ekranizacji powieści Wellsa. Nie mówiąc o samej powieści. Właściwie, jak większość genialnych odkryć, było to dzieło absolutnego przypadku z minimalnym wkładem własnym. Ten wkład wynosił 2,40 zł, które zapłaciłem za... bilet na tramwaj.

Ale po kolei. Jako osoba niezmotoryzowana, pozbawiona uprawnień do kierowania pojazdami silnikowymi rozwijającymi szybkość co najmniej 25 km na godzinę (definicja samochodu z mojego podręcznika kierowcy) udałem się przez śnieżną pustynię rodem z filmu SF, w jaką zmieniła się moja dzielnica w ciągu jednej nocy, na przystanek tramwajowy. Dotarłem na miejsce widząc z daleka, że mój pojazd zajechał już na podjazd i zdaje się zatrzymał na dłużej. Próbowałem biec ale przypominało to zmagania na automatycznej bieżni, krótko mówiąc nie posuwałem się do przodu niczym bohater kreskówki, który nastąpił na skórkę od banana. Dałem zatem za wygraną i zacząłem mozolnie brnąc ku upragnionemu miejscu.

I tu - o szczęście! - okazało się, że "nieco dłuższy" postój to postój wystarczająco długi, abym zdołał:
a) dotrzeć do tramwaju
b) wejść
c) zająć miejsce

i wysiąść. Bowiem pojazd utknął na amen i tyle.

Klapa, mili Państwo. Tłum na przystanku zgęstniał jak atmosfera w studiu TV po wejściu posła Palikota. Autobusy zgarniały śmiałków, którzy rzucali się przez jezdnię na przeciwległy brzeg pomiędzy unieruchomionymi w korku autami. Większość autobusów ruszała z przechyłem godnym Daru Pomorza, tłok był straszliwy i przez szyby widać było pospłaszczane nosy, miny grobowe i złe twarze.

Łańcuszek tramwajów rósł tymczasem systematycznie, aż zaczął przypominać jakiś choinkowy wąż oświetlony rozmaicie i obficie. W końcu jednak desperackie wysiłki motorniczego-zawalidrogi przyniosły jakiś efekt i pojazd linii 9 statecznie ruszył przed siebie po szynach ospale. A tych tramwajów za nim było ze czterdzieści i sam nie wiem, gdzie się to wszystko miało zmieścić, skoro jechało jedno za drugim niczym gęsi za panią matką w tempie żółwia na emeryturze.

Byłem bodaj w trzecim takim "kaczątku" licząc od początku korowodu. Podróż trwała jakieś 45 minut. Zwykle jest to bodaj 15. Nuda przeogromna, złość, rezygnacja i nagle...

Nagle zacząłem cofać się w czasie! Eureka! Einstein myślał, że rzecz polega na wielkiej szybkości. A tu nici! Wystarczy zwolnić odpowiednio, najlepiej za sprawą MPK, i już człowiek ląduje w latach 70' dokładnie w dobie zimy stulecia, kiedy to nie szedł do przedszkola, bo nie było jak wózkiem przejechać. Rozejrzałem się. Rzeczywiście! Te same zmęczone, pełne rezygnacji twarze. Ten sam pejzaż za oknami, to samo miejsce, ten sam czas, ten sam bohater - śnieg.

I wtedy jeden facet wstał spokojnie, przeszedł niemal cały wagon przepraszając przy tym potrącanych i wyrywanych z letargu pasażerów, podszedł do kabiny motorniczego, zastukał i powiedział:

- jeszcze chwila i koń ciągnący pana tramwaj zamarznie i padnie...

Byliśmy już na zakręcie ale za to w XIX w. Ciągle sypało.
09:29, tunder75
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 stycznia 2010

rys. Adam Pękalski

Jak to bywa w przypadku kwestii, o których właściwie niczego nie wiadomo, o Tchi Bo napisano bardzo dużo. Autor niniejszej notatki poświęcił mu np. kolejno swoją pracę doktorską („Tchi Bo or Tchibo? About the Master’s Real Name”, University of Bilken, 2090) i habilitację („Tchi Bo a Bo Co? Dwaj Mistrzowie myśli europejskiej”, szuflada biurka w piwnicy, 2099). Pokaźna ilość tytułów zgormadzonych w bibliografiach wskazuje na to, że wiele dziesięcioleci od wielkiego zlodowacenia, które od 2010 r. ogarnęło niemal cały cywilizowany świat (począwszy od Łodzi, w której doszło wtedy nawet do detronizacji Prezydenta przez gniewny tłum) myśl Tchi Bo nie straciła nic ze swojej aktualności. Wciąż może prowadzić do Oświecenia.

Oczywiście w nauce pojawiły się głosy kwestionujące podstawowe i fundamentalne już ustalenia prof. Sztajncholca na temat Mistrza i jego dzieła. Wiemy, że nauka Tchi Bo wpływała silnie na umysły współczesnych. „Kiedy rano sięgam po Tchobo [ewidentny błąd pisowni, przyp. mój] myśli stają się jaśniejsze a i za oknem jakby cieplej” - tak powiada jedno z niewielu odnoszących się do Tchi Bo źródeł (archiwum sekty „Forum Kawosza”, która czciła przede wszytskim okrutną boginię Lavazza, określaną jako „Prawdziwy Szatan!” i „Dającą megakopa”).

Jedynym zachowanym wizerunkiem Tchi Bo jest rycina, na której widnieje łagodny, starszy pan orientalnej urody. W jednej dłoni Mistrz trzyma czarkę pełną tajemniczego napitku. Druga wskazuje na punkt, który w cudowny sposób ZAWSZE znajduje się za plecami osoby oglądającej obrazek. Oryginał owej ikony jest pieczołowicie przechowywany w muzeum Tchi Bo w Londynie.

Niektórzy uczelni sugerowali, że Mistrz nie był wcale tak mądry a jego łagodny i pełen szczęścia uśmiech wynika bądź ze spożycia skrajnie przesłodzonej cieczy znajdującej się we wspomnianej wyżej czarce, bądź też z faktu, że ciecz owa ma specjalne właściwości i należy do tzw. trunków wyskokowych. Tym też tłumaczono niełatwy i nieprecyzyjny styl, w jakim Tchi Bo przekazywał swą wiedzę. Nauka ma oczywiście obowiązek kwestionowania i dociekania nawet na niwie zupełnych pewników. Uważam jednak, że rzesze oświeconych są dostatecznym argumentem za tym, aby uwierzyć w Tchi Bo i wsłuchać się w to, co ma nam do powiedzenia. Jest tego może niewiele, ale, jak by to powiedział Mistrz

Słuchać tego, co jest głośne - to łatwe. Słuchać tego, czego nie słychać - to jeszcze łatwiejsze.

 A kto lubi się męczyć?
15:04, tunder75
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 grudnia 2009

Panowie,

Sprawa jest poważna. W internecie straszą badania, których autorzy chcieli sprawdzić, jakie mianowicie oczekiwania wobec płci brzydszej mają kobiety. Wiadomo, że badanie kwestii społecznych i socjologicznych odbywa się drogą żmudnych zestawień, ankiet i wieeelu rozmów prowadzonych w grupie reprezentatywnej.

Wnioski są niewesołe. Przynajmniej dla mężczyzn, którzy:

  • nie mają długich włosów ułożonych w misterne fale
  • nie mają portfela tak wypchanego gotówką, że trzeba go wozić w osobnym samochodzie lub karty wykonanej ze szczerego złota
  • mają iloraz inteligencji powyżej makaka i legwana (wiadomo: chłop, co za dużo myśli to się nie nadaje do niczego, co nie?)
  • nie mają obwodu klaty równego obwodowi równika
  • nie są domyślni i nigdy nie wpadną na to, że ich wybranka marzy o wczasach na wyspach Kanaryjskich
  • uprawiają zawód uwłaczający męskiej godności. W szczególności skreśleni są artyści, twórcy, inteligencja. Wiwat hydraulik czy mechanik samochodowy. No ale już biznesmen to jest absolutny top.
Poza tym facet ma być zadbany (nie wyjaśniono o co chodzi). Agent Tomek np. używał wielu różnych markowych wód toaletowych, ubierał się tak dobrze, że cesarz z baśni o nowych szatach wpadłby w delirium. Słowem w każdym aspekcie zawstydzał wszystkich łącznie z TurboDymoMenem.

Spróbujcie jednak zrobić taki test: wrzućcie do sieci raport z którego wynika, że waszym ideałem jest prześliczna idiotka z wielkim biustem a talią osy, która pracuje w solarium... OOOO! Feministki rozniosą was na strzępy. Że kochani uprzedmiotowienie, że opresja. Mimo tego, że właściwie ideałem mężczyzny został właśnie ogłoszony karykaturalny playboy rodem z serialu dłuższego niż dzieje ludzkości, czyli "Moda na sukces". Czyli taka właśnie pani a' rebous.

Jako osobnik dość niski i wątły, bez szans na ułożenie sobie innej fryzury niż "maszynką proszę", z IQ, którego najwidoczniej powinienem się wstydzić, który wydał książkę z wierszami kategorycznie oświadczam: wasze preferencje są wyrazem najgorszej z możliwych dyskryminacji. Jest to bowiem DYSKRYMINACJA MNIE.

Proszę się zmienić, bo ja nie zamierzam!Z poważaniem

08:58, tunder75
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26
| < Wrzesień 2010 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
O autorze

"W wierszach Michała Kędzierskiego odnajdziemy i Merrilla, i Brodskiego, i Audena, z jednej strony - dążenie do kunsztownej formy i rozległe kulturowe skojarzenia, z drugiej - precyzję opisu i sięganie do codziennego doświadczenia..."

Jacek Dehnel

strona z poezją