Blog > Komentarze do wpisu

List do mojego zespołu

Ten dzień jest dla mnie wyjątkowo trudny. Rozstania na ogół są takie. I chociaż na horyzoncie mam ciekawe widoki i wiele dobrych rzeczy majaczy w oddali, zakończyć coś jest mi znacznie ciężej niż zacząć. Dziś pożegnałem uniwersytet, kilkanaście lat pracy ale przede wszystkim mój zespół. I to najtrudniej przeboleć. Wiedziałem, że jeśli spróbuję coś do nich powiedzieć dziś, na odchodne, to się rozlecę i popłaczę. Dlatego napisałem do nich list. Dzielę się nim, bo chciałbym im podziękować głośno i wyraźnie. A i tak się popłakałem.

Gdyby opatrywanie postów mottami nie było pretensjonalne, wybrałbym akuratny cytat z wiersza Jacka Dehnela:

 

Coraz mniej możesz zostać kimś innym

1.       Myślę, że wiele straciliście na tym, że nie znaliście mnie 16 lat temu. Dlaczego? Otóż był to wyjątkowy i, niestety, niepowtarzalny czas, kiedy po prostu wiedziałem wszystko. Jakoś tak to było, że nawet o sprawach, o których nie miałem pojęcia mogłem z przekonaniem gadać bez końca. Natomiast po 16 latach wiem tylko, że „wszystko” znaczy tyle, co nic.

2.       Przyszłość wydawała mi się do tego stopnia określona, że z pobłażliwym uśmiechem odesłałbym wróżbitę Macieja na emeryturę.

Było zupełnie jasne, że po zakończonych w ładnym stylu studiach dojadę jak miękkim strażackim rękawem bezpieczeństwa wprost do asystentury. Że zostanę zawodowcem-humanistą. Bizantynologiem. Wreszcie nauczę się przeklętej greki! Napiszę książkę a po niej artykuł. Na widok mojej bibliografii mole książkowe będą mdlały w locie z wrażenia i szczęścia. Taka ilość jadła oznaczać będzie dla nich Eldorado i Dubaj ufundowany na celulozie.

Skutek uboczny: do końca życia musiałbym tłumaczyć, czym się tak naprawdę zajmuję i po co to robię. W końcu neoliberałowie kazaliby mi nosić jaskrawą kamizelkę z napisem „darmozjad”.  W 1999 roku to wszystko było absolutnie pewne. I nic z tego się nie wydarzyło (pozdrawiam mole!)

3.       Poszukując tymczasowego – oczywiście! – zajęcia, które pozwoliłoby mi przetrwać niekorzystny dla humanistów czas przełomu wieków (które zresztą zaczęły się kruszyć  na lata jak byle wafle, kiedy tylko zaczęło się dorosłe życie), zapukałem do pokoju 212 na drugim piętrze rektoratu Uniwersytetu Łódzkiego. Mieściło się tam Biuro Informacji i Rozwoju. I trzeba przyznać, że zrobiłem co w mojej mocy, aby nie zostać w nim zatrudnionym.

4.       Po pierwsze, nie miałem cv. Po drugie, miałem na sobie dżinsową koszulę, którą z wielkim wyczuciem elegancji uważałem za swoją najlepszą. Na pytanie „a czy jeśli promotor znajdzie panu zajęcie związane z historią – odejdzie pan?” oczywiście odpowiedziałem: „oczywiście!”

Pracę dostałem. Zdecydowanie był to dzień, w którym powinienem był zagrać w lotto.

5.       Ten żart nieco przesłania istotną informację: otóż dostałem szansę. Szansę. W tym samym czasie jeden z moich kolegów prowadził rekrutację do nowo otwieranego oddziału firmy, w której zaczepił się dzięki znajomościom. Zadowolony z siebie opowiadał mi, jakie pytania zadawał podczas rozmów kwalifikacyjnych. Wiecie, te wszystkie „a co pan wnosi do firmy”, na które od razu chcecie odpowiadać „piach na butach” itp. Nigdy nie przestałem być wdzięczny za tę szansę.

6.       I tak w pracy, do której poszedłem na rok zostałem, bagatela, 16 lat. Na uniwersytecie zawsze znajdowało się coś, co mnie zatrzymywało, motywowało, otwierało możliwości. Wykorzystałem z tego tak znikomy procent, że właściwie wstyd się przyznać. Starałem się jednak jak umiałem.

7.       Zawsze też sądziłem, że najważniejsi i najcenniejsi są ludzie. Bez nich każda instytucja, firma czy bóg wie co jeszcze jest tylko monotonną litanią czytaną ze Świętej Księgi Środków Trwałych. Zatem: kocham swój zespół. I każdego z jego członków. Nie zawsze dawałem radę jako przełożony, ale nie sądzę, abym zawodził z tak słabych pobudek jak egoizm czy małostkowość. Do braków kompetencyjnych, pomyłek, wielu słabości, których pewnie nie jestem nawet świadomy, oczywiście się przyznaję. I bardzo za nie przepraszam. Nie mogę napisać, że robiłem co mogłem, bo mogłem dużo więcej, niż zdziałałem. Zostawmy tę sprawę w taki sposób: robiłem, co i jak umiałem. Bez Was jednak, moi Wyjątkowi i Niezastąpieni, byłoby to kompletnie nic.

8.       „Nie ma ludzi niezastąpionych” – to jest prawdziwy szczyt banału. Oczywiście, że nie ma. Pamiętam, że jeden z zaprzyjaźnionych szefów IT powiedział mi kiedyś z pogodnym uśmiechem: - Michale! My jesteśmy skazani na sukces i każdy nasz projekt kończy się osiągnięciem założonego celu! 5, 10 lat, ale na pewno damy radę i dokończymy ten program!

Otóż właśnie. Możemy się umówić przez analogię, że dla każdego znajdzie się zamiennik. Będziemy szukali 5, 10 lat ale ostatecznie sukces jest pewny jak korek na bus pasie na Kopcińskiego. I nie mam na myśli siebie. Powtarzam – to bez Was nie byłoby o czym gadać.

9.       We wrześniu 2000 zmieniałem jednostkę wojskową. Ze szkoleniowej na zielony garnizon w Leźnicy Wielkiej. Zaraz po przyjeździe zagoniono mnie do wcielania nowo przybyłych żołnierzy służby zasadniczej. Czyli w szyku pod magazyn, wydawanie maneli i marsz na kompanię. Masa tych chłopaków. Do mnie docierali ubrani w zielone dresy, zielone t-shirty i wyrób trampkopodobny ze względu na kolor zwany jagódkami. Tomaszu Jacykowie! Gdzie byłeś, stylisto! Moim mentorem został plutonowy, który przedstawił mi się jako Ancer. Wielkie chłopisko. Uraczył mnie kilkoma anegdotami po czym dzielny wojak z bólem głowy opuścił plac boju i resztę roboty odwalałem sam. Zatem:  w szyku pod magazyn, wydawanie maneli itd. Najpierw zastał mnie przy pracy wieczór. Potem noc. Potem noc i chłód. Potem noc i chłód i mżawka. Gówno nie goście, powiem wam. Ale ja miałem bluzę i porządne buty. A nasi przyszli obrońcy ojczyzny? Ano marzli stojąc w deszczu pod tym magazynem. I nie wiem jak mi się to udało, ale przekonałem skwaszonego kwatermistrza, żeby tych młodziaków wpuścił do środka. Bo co do cholery szkodzi? Dobroć trwała krótko, okazało się, ze regulamin szkodzi i zostaliśmy z ciepła wywaleni z powrotem w jesień. Sterczałem tam z nimi. Pierwszy raz od lat zapaliłem sobie, bo i co, kurwa mać. I tak to trwało gdzieś do drugiej w nocy. Ale za to. Kiedy prowadziłem ostatnią grupę jeden z tych gości zapytał mnie, czy istnieje cień szansy, żebym to ja został ich dowódcą.

Zapamiętałem z tego kilka rzeczy. Ale najważniejsze: staraj się zawsze być tym, który próbuje wpuścić ludzi do magazynu, gdzie ciepło. Ale gdzie by nie stali – ty z nimi.

I że Ancer to zwykle jest największy ciul i cię zostawi z problemami.

10.   Po 16 latach, ostatnim intensywnym roku i kulminacyjnym weekendzie jubileuszu 70.lecia UŁ ruszam do innego miejsca. Do EC1. Tam się teraz będziemy spotykać. Postaram się opowiedzieć Wam o nim jak najwięcej korzystając z wiedzy, którą miałem – i to nie jest żałosna kurtuazja – szczęście zdobywać pracując w Centrum Promocji mojej uczelni. Pracy z Wami. A jak to będzie dalej? To bez wahania umiałbym powiedzieć tamtego listopada, kiedy trzymałem jeszcze klamkę u drzwi z numerem 212. I nie bardzo rozumiałem jak to się stało, że jednak mnie przyjęli.

Do dziś nie wiem. Ale towarzyszą mi te same nadzieje. Tym razem jednak wymieszane z żalem. Wtedy, rozumiecie, tylko zaczynałem.

PS A śmialiście się z Wróżbity Macieja ;) 

 

piątek, 29 maja 2015, tunder75

Polecane wpisy

  • Jak poznać, że się jest starym koniem

    Teoretycznie nie ma niczego prostszego od zauważenia, że jest się starym koniem. Wystarczyłoby spojrzeć na zdjęcie w dowodzie osobistym, potem w lustro i znaleź

  • Zbiórka pieniężna = konsultacje społeczne

    Wiadomość o tym, że w Łodzi powstaną skwer i pomnik Lecha Kaczyńskiego próbowałem przyjąć spokojnie. Oczywista emocja często nie pozwala zauważyć ukrytych motyw

  • Jak żyć za 40 tysięcy miesięcznie

    Eksperymenty - powiedzmy - których założeniem jest, aby dziennikarze, politycy czy sławni ludzie żyli przez jakiś czas za średnią krajową są oczywistością. Ile

"W wierszach Michała Kędzierskiego odnajdziemy i Merrilla, i Brodskiego, i Audena, z jednej strony - dążenie do kunsztownej formy i rozległe kulturowe skojarzenia, z drugiej - precyzję opisu i sięganie do codziennego doświadczenia..."

Jacek Dehnel

Tak, kiedyś się pisało wiersze :)